Ustawa deweloperska, która weszła w życie 29 kwietnia 2012 r., spowodowała stagnację na rynku mieszkaniowym — pierwsze umowy na nowych zasadach podpisano dopiero około 20 maja. Złożyło się na to wiele błędnych zapisów. Po pierwsze, niejasne są zapisy o tym, że przedsięwzięcie deweloperskie nie musi mieć rachunku powierniczego, jeśli sprzedaż mieszkań rozpoczęła się przed 29 kwietnia — ustawa nie wyjaśnia, co z inwestycjami wieloetapowymi.
Po drugie, zgodnie z ustawą załącznikiem do każdej umowy ma być prospekt informacyjny, na który składa się m.in. rzut kondygnacji z zaznaczeniem lokalu mieszkalnego, wzór umowy deweloperskiej, standard wykończenia i plan mieszkania oraz informacje dotyczące planowanych inwestycji w promieniu kilometra. W tym przypadku absurdalny jest zapis o konieczności załączenia umowy deweloperskiej do umowy sprzedaży. Mamy bowiem do czynienia z dublowaniem dokumentów, ponieważ standard wykończenia i plan mieszkania są zawarte w umowie ogólnej, a potem muszą znaleźć się jeszcze jako dodatkowy załącznik. Konieczność dołączania umowy do umowy powoduje, że w całości taki dokument ma kilkadziesiąt stron i musi zostać przygotowany przez notariusza w pięciu kopiach. Gdy inwestycja jest budowana w atrakcyjnej lokalizacji, załącznik, w którym opisane są planowane inwestycje w najbliższej okolicy, to kolejne kilkanaście do kilkudziesięciu stron. Wszystko to powoduje, że koszt przygotowania tak obszernej umowy jest dużo wyższy i dodatkowo obciąża klienta.
Cały proces biurokratyczny rozwinięty przez ustawę może doprowadzić do sytuacji, w której na rynku będzie wiele zablokowanych mieszkań. Gdy umowa deweloperska zostanie podpisana, wniosek o roszczenie do Księgi Wieczystej złożony, a klient nie dostanie kredytu na mieszkanie, konieczne będzie rozwiązanie umowy oraz wykreślenie roszczeń z Księgi Wieczystej, co może potrwać nawet kilka miesięcy i uniemożliwi sprzedaż gotowego mieszkania.
MARTA ULBRYCH
pełnomocnik zarządu Neocity