Dodatkowe posiedzenie Sejmu poświęcone jest głównie rozpatrzeniu poprawek Senatu do kilku prestiżowych dla Prawa i Sprawiedliwości ustaw (m.in. dotyczącej mediów elektronicznych), które zostaną podpisane przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego dosłownie z marszu i ogłoszone jeszcze w sylwestra.
Wśród kilku ustaw poddawanych pierwszemu czytaniu zwraca uwagę PiS-owski projekt, który śmiało można nazwać ustawą... prywatną. Jedyną przyczyną zmiany ustawy o samorządzie gminnym oraz samorządowej ordynacji jest niechęć Lecha Kaczyńskiego do przeprowadzania bezpośrednich wyborów jego następcy w stołecznym Ratuszu — na zaledwie kilka miesięcy. Nowelizacja polegałaby na wydłużeniu z 6 do 12 miesięcy okresu, liczonego od planowego końca kadencji, gdy w jednostkach samorządu terytorialnego już się nie przeprowadza przedterminowych wyborów powszechnych — zarówno wójtów (burmistrzów, prezydentów), jak i radnych.
Ustawę nazwaliśmy prywatną, albowiem została oczywiście napisana „pod” pojedynczego obywatela, co w państwie prawa zawsze jest legislacyjnym nadużyciem, choćby ów obywatel był Pierwszym. Paradoksalnie jednak — merytorycznie ta zmiana jest jak najbardziej słuszna i powinna zostać uchwalona już dawno! Przecież według obowiązującej wersji, w kadencji kończącej się planowo 27 października 2006 r., przedterminowe wybory jakiegoś burmistrza czy nawet całej rady — po jej odwołaniu w referendum — mogłyby się odbywać jeszcze nawet 23 kwietnia. Do końca kadencji nowa władza zdążyłaby co najwyżej naliczyć sobie pensje i diety...