Najwyższy władca Jarosław Kaczyński rozkazał każdemu „prawdziwemu patriocie” głosować na kartce referendalnej cztery razy NIE, natomiast większość innych komitetów przygotowuje precyzyjne instrukcje, jak w ogóle uniknąć owej wrażej kartki, oczywiście wybierając Sejm i Senat. Swoją drogą igrzysk przy urnach tak skomplikowanych proceduralnie nie było w Polsce nigdy od 1918 r., bo nawet jeśli po wojnie trafiały się mniej/bardziej uczciwe/fikcyjne referenda — zarówno w PRL, jak też w III RP — to ewentualny bojkot sprowadzał się do zwyczajnego pozostania w domu.
Istnieje jednak wspólny mianownik pogmatwanego prawnie wydarzenia zaplanowanego na 15 października. Absolutnie wszyscy w Polsce jednobrzmiąco nawołują do uczciwości, oskarżając o hipotetyczne przekręty niesprecyzowanych bliżej „onych”. Korpusy i kontrkorpusy ochrony wyboro-referendum będą kamerkami uwieczniać — co dopuściła nowelizacja kodeksu — czynności komisji obwodowych. Nagrania mężów zaufania teoretycznie mają zostać zaplombowane i tylko hipotetycznie służyć w postępowaniach sądowych, ale przecież Polak na fejsie potrafi…
Obecnie trwa cicha, ale mająca ogromne znaczenie prawne akcja zbierania podpisów wyborców. Nowelizacja kodeksu dodała na kartach ważną rubrykę — razem z podpisaniem się odnotowujemy dzienną datę. To reakcja PiS na sytuację z 2020 r., gdy zdarzało się przedwczesne zbieranie podpisów dla Rafała Trzaskowskiego. Nie zostały wykorzystane, potem kandydat na prezydenta błyskawicznie, w jeden weekend, zebrał ich grubo ponad 100 tys. Notabene w wyborach parlamentarnych progi są sumarycznie… wyższe. Lista kandydatów do Sejmu w okręgu — których jest 41 — wymaga 5 tys. podpisów, przy czym komitetowi wystarcza uzyskać po tyle w przynajmniej 21 okręgach, reszta uzyskuje zwolnienie. Kandydatura do Senatu w okręgu jednomandatowym — których jest 100 — wymaga natomiast 2 tys. poparć i nie ma tu mowy o żadnych ulgach. A zatem komitet o ambicjach ogólnopolskich (są takie dwa — PiS oraz pakt senacki) musi w sumie zebrać ponad 200 tys. senackich podpisów, dwukrotnie więcej niż dla kandydata na prezydenta RP.
PiS wprowadziło do formularza datę, ale pominęło znacznie ważniejsze uszczelnienie. Karta z podpisami (najczęściej obejmująca 12 wyborców) bezwzględnie powinna na dole zawierać także dane osoby, która zebrała podpisy. Niestety, wciąż pozostaje to anonimowe, komitety gromadzą setki wypełnionych kart, a potem cały pakiet trafia do rejestrujących kandydatów komisji okręgowych. Zawsze wychwytywane są błędy eliminujące dany podpis. Najprostsze to pomyłki w numerach PESEL. Druga typowa przyczyna to adres z niewłaściwego okręgu, np. w Warszawie podpisują listy tzw. słoiki, które zapominają, że w stałym rejestrze wyborców znajdują się w drugim końcu Polski. Niestety, ujawniane są również oczywiste fałszerstwa, polegające głównie na wpisywaniu wyborców, którzy… już nie żyją. Po prostu zbieracz podpisów wykorzystuje listę sprzed lat, przenosi prawdziwe dane i dostawia jakikolwiek nieczytelny podpis. Aparat Państwowej Komisji Wyborczej zgłasza takie przypadki do prokuratury, ale dojście do sprawców jest utrudnione, ponieważ podpisy zbiera dla danego komitetu pospolite ruszenie wolontariuszy. Forsując tegoroczną nowelizację kodeksu wyborczego PiS mogło bardzo łatwo ukrócić fałszerski proceder, kończąc z anonimizacją zbierania podpisów — nie chciało, mając w tym jakiś cel. Takie zaniechanie uszczelnienia bardzo ważnej fazy kampanii jest zbyt demonstracyjne, by mogło być przypadkowe.

