Panele poświęcone przemysłowi obronnemu w programie Forum Ekonomicznego (FE) były od zawsze. Po agresji Rosji na Ukrainę skokowo wzrosło w Polsce zainteresowanie wojskiem, wzmocnione ogłoszeniem przez rząd wielomiliardowego programu zbrojeniowego. W programie XXXI FE jednym z bloków tematycznych było Forum Bezpieczeństwa, a jeden z jego paneli nosił tytuł „Własny przemysł zbrojeniowy czy import zza granicy? Czego potrzebuje armia?”.
Debatę moderował Jacek Raubo, ekspert portalu Defence24. Niezwykle symboliczny był gościnny udział panelisty w polowym mundurze. Ołeh Barna, deputowany do Rady Najwyższej Ukrainy, pełni obecnie służbę na froncie jako artylerzysta i otrzymał przepustkę, aby w Karpaczu wołać o militarną pomoc Zachodu dla Ukrainy. Dotychczasowa oczywiście jest doceniana, ale to wciąż za mało, za mało i... za mało. Po strasznych doświadczeniach ukraińskiej ludności cywilnej frontowy żołnierz podkreślał, że nadzieje Zachodu, iż rosyjska zbrodnia wreszcie się zatrzyma, są bardzo naiwne.
Rządowo-opozycyjny ping-pong
Szczytnym założeniem organizatorów debaty na tak ważny dla bezpieczeństwa Polski temat była jej merytoryczność. Ze względu na skład krajowego kwartetu nastąpiła jednak nieunikniona polaryzacja opinii i argumentów w relacji 2:2. Połówkę rządową reprezentowali: Wojciech Skurkiewicz, wiceminister obrony narodowej i zarazem senator PiS, oraz Michał Janasik, wiceprezes Sieci Badawczej Łukasiewicz. Połówkę opozycyjną stanowili: Paweł Poncyljusz, poseł PO/KO, 15 lat temu wiceminister gospodarki w rządzie PiS, oraz Paweł Krutul, poseł Nowej Lewicy, wcześniej w barwach kolejno: Nowoczesnej, PO i Wiosny.
Wiceminister Skurkiewicz podkreślił, że napaść Rosji na Ukrainę obaliła teorię, iż współczesna wojna przeniesie się do cyberprzestrzeni czy wręcz kosmosu. Okazała się przyziemną powtórką wyniszczającej nie tylko wojska, lecz głównie ludność cywilną drugiej wojny światowej oraz wielu późniejszych konfliktów lokalnych. Dlatego po analizie realnego zagrożenia oraz stanu polskiej armii rząd zdecydował o jak najszybszej jej rozbudowie i kosztownym dozbrojeniu. W pierwszej kolejności ocenił poziom technologiczny oraz moce wytwórcze przemysłu krajowego. W wielu rodzajach uzbrojenia jego możliwości w ogóle nie istnieją, przykłady najgrubsze to samoloty wielozadaniowe czy czołgi. W asortymentach produkowanych pojawia się natomiast problem ilościowy. Dlatego podjęte zostały decyzje o pilnych zakupach nie tylko w USA, lecz także w egzotycznej geograficznie Republice Korei.
Poseł Poncyljusz skontrował, że alternatywa kraj/import jest trochę fałszywa, ponieważ rząd zamawia za granicą także uzbrojenie, które mógłby dostarczyć rodzimy przemysł. Zamiast na przykład zmaksymalizować zamówienia samobieżnej armatohaubicy Krab w Stalowej Woli sprowadza się z Korei jej starszą siostrę K9 (Kraby produkowane są na podwoziu K9). Zarzucił także rządowi omijanie obowiązującej ustawy offsetowej, czyli rezygnowanie z transferowania do Polski nowoczesnych technologii. Rzeczywista polonizacja sprzętu wojskowego to proces długoletni i kosztowny, nie wystarczy tylko propagandowa naklejka PL. Poseł upomniał się także o interesy firm prywatnych, oferujących produkty z najwyższej półki technologicznej pożądane przez siły zbrojne. Przykładem są chociażby doskonałe drony różnego przeznaczenia. Niestety, rząd PiS doktrynalnie preferuje państwowe spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ), kierując do nich ogromne pieniądze, które są przejadane na wypłaty dla pracowników.
Koledze wtórował poseł Krutul, który silnie akcentował, że za granicą należy kupować nie tyle gotowe egzemplarze uzbrojenia, ile technologie, które wzmocnią firmy krajowe. Naddźwiękowych samolotów myśliwskich Polska nie będzie produkowała nigdy, ale elementy ich specjalistycznego oprzyrządowania może i powinna.
Argumentację rządową naturalnie wsparł Michał Janasik. Sieć Łukasiewicz zdefiniowała cztery obszary współpracy ze spółkami PGZ. Są to: platformy bezzałogowe, automatyzacja i robotyzacja, program fregat Miecznik oraz nitroceluloza, będąca filarem produkcji amunicji. Odnosząc się zaś do polonizacji sprzętu, przypomniał, że na początku III RP, jeszcze przed przystąpieniem Polski do NATO, jedna udana została przeprowadzona. Poradzieckie, ale produkowane u nas czołgi T-72 zostały unowocześnione do wersji PT-91 Twardy. Doświadczenia sprzed trzech dekad potwierdzają, jak trudna i kosztowna jest taka modernizacja.

Wiemy, ale nie możemy powiedzieć
Parlamentarzyści dysponują sporą wiedzą o przedmiocie panelu, ale w znacznej części utajnioną, zatem niektóre wątki mogli jedynie zasygnalizować. Wiceminister Skurkiewicz wspomniał, że na podstawie ustawy o obronie ojczyzny realizowany jest pilny program wzmocnienia armii już w latach 2023-25. Zwrócił także uwagę, że postawienie na amerykańskie czołgi Abrams — a nie np. kontynuowanie sprowadzania niemieckich Leopardów — wiąże się z ważną okolicznością, iż takie same maszyny zmagazynowane są w zasobach armii USA, która stacjonuje także u nas. Wojska Republiki Korei oczywiście nie przyjadą nigdy, ale wybór właśnie takiego kierunku zakupowego wiązał się z krótkim czasem dostaw oraz komplementarnością samolotów i czołgów koreańskich z amerykańskimi.
Jednym z wątków panelu była rządowo-opozycyjna licytacja, kto kiedy czego zaniechał. Obecny rząd zarzuca poprzedniemu zlekceważenie amerykańskiej oferty włączenia się Polski do programu samolotu F-35. Gdyby nie tamten błąd, obecnie kupowalibyśmy supernowoczesne maszyny znacznie taniej. Opozycja oczywiście przypomniała rządowi wycofanie się z zakupu francuskich, czyli NATO-wskich, śmigłowców Caracal. Tamten błąd odbija się do dzisiaj, armia wciąż nie dysponuje flotą nowoczesnych śmigłowców wielozadaniowych, a pojedyncze sztuki kupowane w Mielcu czy Świdniku służą innym celom. Notabene już po krynickim panelu MON ogłosiło, że zamierza kupić w USA szturmowe śmigłowce Apache, komplementarne z działającymi na ziemi Abramsami.
W debacie wystąpił również wątek możliwości eksportowych polskiego przemysłu obronnego. Niestety, niektóre udane produkty mają ograniczenia licencyjne, jak w każdej branży, a akurat militarna wyjątkowo tego pilnuje. To jeszcze jeden dowód potwierdzający tezę, że samo dopisanie PL do nazwy absolutnie nie wystarcza.
