Uwierzymy dopiero gdy zobaczymy

Jacek Zalewski
31-03-2008, 00:00

Pismo naucza: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” — ale nie każdy owej łaski dostępuje. Po sobotnich pięciogodzinnych rozmowach prezydenta Lecha Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem w ośrodku Mewa na Helu wciąż możemy czuć się niewiernymi Tomaszami. Osobiście w ratyfikowanie przez Polskę traktatu z Lizbony drogą parlamentarną uwierzę dopiero, gdy na tablicy w Sejmie wyświetli się większość dwóch trzecich głosów, a potem zostanie to powtórzone w Senacie. Ba, na dobrą sprawę jeszcze później — gdy głowa państwa ratyfikację podpisze, bo według Lecha Kaczyńskiego wcale nie będzie to jego obowiązek, lecz decyzja fakultatywna.

Sytuacja, że po tak oczekiwanych przez zmęczone konfliktem społeczeństwo rozmowach prezydent Rzeczypospolitej i prezes Rady Ministrów nie potrafią wystąpić na wspólnej konferencji prasowej i zgodnie, wzajemnie potwierdzając to co mówi druga strona, przekazać swoje ustalenia, jest kolejnym dowodem głębokiego pęknięcia na szczytach państwa. Jednostronne przekonanie premiera, że osiągnięty został kompromis — to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że polegać miałby na przywróceniu ustawie czystej wersji rządowej, co równałoby się klęsce PiS.

Szczyt na Helu realnie niewiele zmienił — o ratyfikacji Lizbony ścieżką parlamentarną i tak rozstrzygnie prezes Jarosław Kaczyński. Polska pamięta, jak Lech Kaczyński służbiście złożył starszemu bliźniakowi meldunek po swoim wyborze na prezydenta — i od tamtego czasu nic się w relacjach braci nie zmieniło.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Uwierzymy dopiero gdy zobaczymy