W 2017 r. żaden polski broker foreksowy nie zatrzasnął drzwi. Z naszego rynku nie wycofał się też żaden poważny gracz zagraniczny. Ci, którzy mieli to zrobić, zniknęli z rynku już wcześniej. Forex wzbudził natomiast nienotowane wcześniej zainteresowanie Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) i innych organów państwa. Zaczęło się na przełomie lutego i marca. Jedna z rutynowych kontroli KNF prowadzona jeszcze w 2016 r. zaowocowała powiadomieniem prokuratury o oszustwie, jakiego wobec klientów miał się dopuścić X-Trade Brokers DM (XTB), firma działająca nie tylko w Polsce, ale również w innych krajach. Sprawę w listopadzie 2017 r. ujawnił „Puls Biznesu”.

Poszło o to, co jest kwintesencją działalności w modelu market makera, czyli konflikt interesów brokera i jego klientów polegający na tym, że strata klienta oznacza zysk brokera. KNF uznała, że w przypadku XTB jest to więcej niż konflikt interesów. Broker miał inaczej traktować zlecenia, na których zarabiał, a inaczej te, na których zarabiali jego klienci. Inaczej znaczy w tym przypadku z korzyścią dla siebie. KNF szacuje tę korzyść na 8-23,5 mln zł. Teraz sprawa jest w prokuraturze. Nieco później brak inicjatywy ustawodawczej nie przeszkodził KNF w przygotowaniu nowelizacji ustawy o nadzorze na rynkiem finansowym. Przewidywał on wzrost grzywien za doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem z 5 do 10 mln zł i blokowanie przez operatorów telekomunikacyjnych dostępu do stron internetowych wpisanych przez KNF na czarną listę. To ostatnie rozwiązanie zaczerpnięto żywcem z ustawy o grach hazardowych. KNF nawet nie ukrywała, że choć projekt dotyczy wszystkich objętych nadzorem sektorów rynku, to impulsem do jego powstania były zagrożenia foreksowe.
Kilka tygodni wcześniej został aresztowany właściciel jednej z firm, które nawet nie silą się na zdobycie licencji. Agresywnym telefonicznym marketingiem skłaniają natomiast Polaków do przelewania im pieniędzy z myślą o grze na foreksie, która kończy się, gdy od „klienta” nie da się już wydobyć więcej. Jednocześnie trwały prace nad kolejnymi zmianami prawa, m.in. ograniczeniem tzw. dźwigni do poziomu 1:25 z obecnych 1:100. W uzasadnień projektu zmian ustawy rząd — choć można domniemywać, że piórem KNF — argumentował, że podobnie przepisy wprowadzono w Wielkiej Brytanii i na Cyprze.
Tyle że wiarygodność tej argumentacji była taka jak tzw. łowców foreksowych jeleni. To, że pewne koncepcje konsultowano, nie oznacza, że weszły w życie. Jesienią policja i prokuratura rozbiły jednak międzynarodowy gang, oferujący Polakom „inwestycje” na foreksie. Zatrzymano kilkanaście osób związanych z centrami obsługi telefonicznej platform inwestycyjnych ze Wspólnoty Dominiki, Wysp Marshalla i Vanuatu.
Siedem osób usłyszało zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze międzynarodowym, mającej na celu prowadzenie działalności maklerskiej bez zezwolenia oraz popełnianie przestępstw na szkodę inwestorów i prania brudnych pieniędzy, a także oszukania ponad 100 osób na co najmniej 8,5 mln zł. Cztery kolejne osoby usłyszały zarzut prowadzenia działalności maklerskiej bez zezwolenia.
Zaledwie w grudniu światło dzienne ujrzał nowy projekt ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. Potwierdził ograniczenie tzw. dźwigni, tyle że do poziomu 1:50. To połowa tego, co obecnie, po tym jak w lipcu 2015 r. Polska jako pierwsza uregulowała ustawowo to zagadnienie. Nowa wersja jest też dwa razy większa niż zapisana w projekcie ustawy z lipca 2017 r. Zakłada też, że posiadający udokumentowane doświadczenie rynkowe będą mogli korzystać z dźwigni na dotychczasowym poziomie.
„Odpowiednim doświadczeniem” ma być zrealizowanie przynajmniej 40 transakcji w ciągu 24 miesięcy poprzedzających podniesienie dźwigni. Brokerzy działający z polską licencją przyjęli te zapisy z ulgą. Ale w jakiej formie projekt stanie się prawem, zobaczymy dopiero w 2018 r.
30-40 tys. osób Na tyle liczbę polskich graczy foreksowych szacuje Izba Domów Maklerskich.
80 proc. Mniej więcej taki ich odsetek kończy rok stratą według Komisji Nadzoru Finansowego.