W bagażniku nic już nie wymyślisz

Jacek Konikowski, Monika Sobkiewicz
opublikowano: 2004-09-10 00:00

Porwania dla okupu.

Nie, mnie to nie może spotkać... W razie czego — są inni, majętniejsi.

Można się nie bać. Można lekceważyć przestrogi. Fakt jednak faktem: w Polsce coraz częściej dochodzi do porwań biznesmenów. I to wcale nie tych najbogatszych. Bo tych — bywa — trudno nawet wypatrzyć w tłumku ochroniarzy.

Jak stał

— Koło południa wokół firmy kręciło się mnóstwo ludzi. Samochody dostawcze przyjeżdżały, inne — odjeżdżały. Marek z kilkoma pracownikami wychodził z budynku... Podjechał ciemny samochód, z którego wyskoczyło kilku facetów... Mieli broń automatyczną. Seria w powietrze! Panika! Ludzie zaczęli się chować, gdzie popadło. Tamci dopadli Marka i — jak stał — wepchnęli go do samochodu. Jeden z pracowników rzucił się szefowi na pomoc, ale porywacz zdzielił go kolbą — tak, że stracił przytomność. Chwila... Auto błyskawicznie zniknęło za bramą — wspomina świadek porwania Tobiasz Niemiro, restaurator (później dowiedział się, że i on w końcu znalazł się na celowniku porywaczy).

Marek to Marek Markiewicz, producent i dystrybutor obuwia z Warmii — przedsiębiorca jakich wielu, o nieposzlakowanej opinii. W jego firmie Panda wielu olsztynian robi zakupy. Taniej.

Porywacze nie bali się ani tłumu ludzi, ani tego, że ktoś ich rozpozna.

— Świetnie, „profesjonalnie” przygotowane porwanie! Potem bandyci przez dwa tygodnie nieustannie przewozili Marka z miejsca w miejsce. Już po kilkunastu godzinach wysłali rodzinie warunki — dość typowe: żadnej policji, żadnych poszukiwań na własną rękę i pieniądze... Chcieli gigantycznych pieniędzy! Początkowo zamierzaliśmy jakoś o Marka walczyć, ale bandyci postawili sprawę jasno: jeżeli wyczujemy, że coś kręcicie, zastrzelimy go. Okup wpłynął... Porywaczy nie ujęto — mówi współpracownik Markiewicza.

Markiewicz nadal jest biznesmenem, ale o tamtych wydarzeniach nie chce wspominać. Wciąż się boi. Ma szczęście: żyje.

W łańcuchu i pętli

Stanisław Różycki, do niedawna właściciel firmy budowlanej z Wielkopolski, po porwaniu przedsiębiorstwo sprzedał. Mieszka w domu otoczonym wysokim murem, pod stałym nadzorem kamer. Stał się odludkiem.

— Staszka porwano w grudniu zeszłego roku. Ponad tydzień tkwił w wiejskiej zagrodzie, podwieszony łańcuchami do belki stropowej za ręce i nogi. W końcu jeden z porywaczy zarzucił mu pętlę na szyję, a sznur zawiązał na haku. Bandyci poili go alkoholem, by nie kojarzył okoliczności, bili, strzelali w jego obecności. By zastraszyć ofiarę, która w rozmowach z rodziną miała być tak wiarygodna i przekonująca, żeby przerażeni bliscy szybko złożyli okup — opowiada przyjaciel uprowadzonego.

Dla Zbigniewa Łyczaka życie po porwaniu straciło sens. Kiedyś był przedsiębiorcą, właścicielem firmy Rescor, największego na Warmii i Mazurach dealera Fiata.

— W biały dzień go zabrali.... Więzili go bez jedzenia i picia prawie tydzień w leśniczówce, nieopodal Morąga. Rodzina zapłaciła 460 tys. zł okupu... Żyje, ale to nie ten sam człowiek... Stracił firmę, zbankrutował — z powodu okupu — i całkowicie wycofał się z biznesu. Zwolnił prawie 40 pracowników, co wypomniał porywaczom na ich rozprawie sądowej. Załamał się. Doszły problemy rodzinne. Tragedia: jego córka zginęła w wypadku samochodowym... Rodzina się rozpadła. Zbyszek bardzo to przeżył i do dziś się nie pozbierał — wspomina bliski znajomy.

Cisza nad plagą

— Porwania dla okupu, zwłaszcza biznesmenów, to w Polsce plaga — tyle że się o tym nie mówi... W ciągu 4 ostatnich miesięcy było ich w Polsce więcej niż w Niemczech w 5 ostatnich latach — twierdzi detektyw Krzysztof Rutkowski.

Krzywa pnie się w górę. W 1998 r. — 17, w 1999 — 33, w 2000 — 56, w roku 2001 — już 60! W 2003 roku policja poszukiwała już 85 porwanych. Tylko w Warszawie i okolicach zgłoszono prawie 40 uprowadzeń przedsiębiorców. A ilu nie zgłoszono? Zdaniem Rutkowskiego — szacunki na wyrost? — może nawet trzy razy tyle! Strach przed śmiercią bliskiego krewnego jest większy od chęci złapania jego porywaczy. Ciekawe, że porwanymi są nie tylko krezusi, lecz — i to najczęściej — właściciele niedużych przedsiębiorstw, z których żaden nie powiedziałby o sobie, że jest bogaczem.

Bezczelnie i brutalnie

Do najzuchwalszych, ale i pomysłowych należy porwanie właściciela firmy transportowej z Węgrowa. Porywacze, na oczach sąsiadów, wyprowadzili go z domu. Przyjechali policyjnymi samochodami. W mundurach. Z długą bronią. Jeden podszył się pod prokuratora, pokazał legitymację. Przedsiębiorca ani się domyślał, że jest porywany, gdy „policjanci” wsadzali go do samochodu.

W 2003 r. w Gdańsku brutalnie porwano właściciela sklepów jubilerskich. Napastnicy wielokrotnie bili ofiarę. W rany wdała się gangrena...

Porwania nie zgłoszono policji, ale z nieoficjalnych informacji wiadomo, że jakiś czas temu w Małopolsce uprowadzono syna ówczesnego współwłaściciela Tele-Foniki i klubu sportowego Wisła. Sprawa owiana jest tajemnicą. Porywacze zażądali okupu wysokości 1 mln dolarów. Zapłacono go.

A na Mazowszu? Ofiarą grupy przestępców padło już kilku przedsiębiorców z okolic Ostrowii Mazowieckiej i Józefowa koło Warszawy. Niedawno policja zatrzymała samochód, którym przewożono porwanego w stolicy. W aucie leżał notes jednego z przestępców — z nazwiskami kilku przedsiębiorców, typowanych do uprowadzenia z rejonu Gdańska i Warszawy.

— Kilka miesięcy temu pracownicy zawiadomili nas, że od kilku dni ich szef przepadł bez wieści. To był przedsiębiorca budowlany, właściciel firmy Soraris, który wznosił stadninę koni na Mazurach. Potwierdziliśmy: uprowadzono go — mówi Jerzy Samociuk, do niedawna komisarz policji w Olsztynie, dziś dyrektor Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia na rzecz Bezpieczeństwa.

Chcieliśmy porozmawiać z szefem Sorarisu, ale ten dramatu nie chce już wspominać. To charakterystyczne: jak wielu innych.

Bliscy też

— Wiem, że chcieli mnie, ale zmienili zdanie. Porwali mi syna; studiował w Warszawie. Za dnia, na ulicy, niemal w centrum! — mówi przedsiębiorca z Ostrowii Mazowieckiej.

Wcześniej, w tym samym rejonie doszło do uprowadzenia dwójki dzieci innego biznesmena. Rok temu, w drodze do szkoły zniknął kilkunastoletni syn olsztyńskiego przedsiębiorcy. Bandyci wieźli go w bagażniku aż pod Łódź i trzymali w piwnicy, skutego kajdankami, z zaklejonymi ustami. Sprytny chłopak zanudzał porywaczy, że uwierają go kajdanki. Gdy mu je zdjęli, udało mu się uciec.

— Policja nie zrobiła praktycznie nic, by uwolnić chłopaka, tłumacząc się prowadzeniem „działań operacyjnych”. Gdy w końcu sam się uwolnił, ogłosili, że dzięki nim... — mówi z rozgoryczeniem ojciec porwanego (chłopak leczy się u psychologa).

W 2002 roku w Morągu uprowadzono 9-letnią córkę tamtejszego przedsiębiorcy. Trzech sprawców (dwóch to studenci prawa!) odurzało ją narkotykami. Policji udało się uwolnić dziecko. Na szczęście...

Niedawno zorganizowana grupa porwała syna właściciela piaseczyńskiej hurtowni. Po wielu godzinach bezowocnych negocjacji, rodzina porwanego chłopaka dostała przesyłkę, a w niej odrąbany palec syna. Kilka dni później porywacze wysłali wiadomość. Z miejscem zakopania zwłok.

Kim są porywacze?

To już prawie reguła, że ofiary typują lokalni przestępcy, a porwania dokonują grupy z innego regionu Polski — my porywamy u was, wy — u nas. Na celowniku znajdują się zarówno przedsiębiorcy, którzy niegdyś prowadzili interesy ze światem przestępczym, jak i ci, którzy nie mieli z nim nic wspólnego, ale (ich pech!) mają po prostu pieniądze.

Dawne napady na tiry czy handel narkotykami prześladują tych, którzy prowadzą dziś legalne interesy. „Koledzy” wychodzą z więzienia na wolność i chcą w jakiś sposób dostać swoje z tego, co tamci uzyskali przez tyle lat.

— Często to ci sami bandyci, którzy wcześniej zajmowali się kradzieżą samochodów czy wymuszaniem haraczy. Wpierw kradli lokalnym przedsiębiorcom samochody i żądali „wykupek”. Potem zaczęli porywać ludzi, bo uznali, że to bardziej opłacalne. Pieniądze są większe, a ryzyko wpadki — właściwie znikome. Scenariusz działania? Ten sam: atak z zaskoczenia, porwanie w biały dzień, czasem na oczach przechodniów. Ofiary wywożą za miasto, bywa — do innego województwa, przetrzymują w odludnych miejscach. Są brutalni. Najczęściej — zanim zażądają okupu — biją i torturują psychicznie ofiary — sumuje olsztynianin Jerzy Samociuk.

Wie, o czym mówi. Jeszcze do niedawna najwięcej porwań w Polsce dało się zauważyć właśnie w Olsztynie i okolicach. W dwa lata uprowadzono tu prawie 20 przedsiębiorców!

Wywiad

Nie wystarczy żyć skromnie i nie rzucać się w oczy. Przestępcy są w stanie sprawdzić zamożność różnymi kanałami i zazwyczaj precyzyjnie wiedzą, ile ofiara może zapłacić. Dlatego ich żądania rzadko bywają nierealne. Informacje zdobywają w różny sposób. Często od samego przedsiębiorcy, gdy ten afiszuje się powodzeniem w biznesie.

— Nierzadko starczy informacja, że ktoś sprzedał nieruchomość — i ma dużo gotówki — przypomina generał Sławomir Petelicki.

A o takie informacje nietrudno, bo wieści szybko się rozchodzą — zwłaszcza w niedużych miastach. Jerzy Samociuk ma uzasadnione przekonanie, że bardzo przydatne dla przestępców dane mogą wyciekać — na przykład — z urzędów skarbowych.

— Znamy przypadki, gdy do przedsiębiorców dzwoniły pracownice urzędów skarbowych, które ich rozliczają, i prosiły: skoro prowadzą duże firmy, bo płacą duże podatki i zatrudniają wiele osób, no to może zatrudniliby ich członka rodziny lub znajomego? Skoro urzędniczka wykorzystuje takie poufne informacje do swoich celów, to już tylko krok, by je dobrze „sprzedać” komuś innemu — nawet bez świadomości, do czego posłużą....

Przekupienie urzędnika zarabiającego 14 zł na godzinę nie jest dużym wydatkiem, a gdzie jak gdzie, ale w US wiedza o majątku przedsiębiorcy jest największa. Podobnie w banku — przypomina Jerzy Samociuk — tym bardziej że kontrola obiegu informacji w polskich bankach nie należy do wzorcowych.

— Niedawno przez pomyłkę bank przysłał mi wyciąg z cudzego konta... — opowiada Tobiasz Niemiro.

Zdarza się, że i media dostarczają porywaczom niezbędnych informacji. Porywacze syna dealera samochodów nie zażądaliby 630 tys. dol., gdyby nie informacja w lokalnej prasie o sprzedaży przez ojca porwanego ziemi pod budowę hipermarketu — za 6 mln dolarów (wieść była zresztą dziennikarską pomyłką, gdyż ziemię sprzedawał nie dealer, lecz spółka, w której był udziałowcem, a i kwota też była niższa).

— Idealnym miejscem porwania są domy na uboczu, oddalone od sąsiadów. Groźne są informacje o ofierze: czym jeździ, gdzie spędza wakacje. No i nie należy afiszować się z bogactwem, żyć w miarę skromnie, a przynajmniej tak, by pieniądze nie biły po oczach. Nie „organizować” sobie młodej kochanki, która może przekazać informacje kolegom, nie lansować się w dyskotekach, klubach nocnych czy agencjach towarzyskich. Ważne: nie nawiązywać żadnych kontaktów ze środowiskiem przestępczym, nie prowadzić interesów na granicy prawa — mimo pokus. Pieniądze pożyczać w banku, a nie u przygodnych osób lub podejrzanych firm. Broń? Pomaga doraźnie, ale trzeba umieć jej użyć, w przeciwnym razie może tylko zaszkodzić. Przestępcy traktują broń jak narzędzie pracy i — gdy trzeba — nie zawahają się jej użyć — radzi Krzysztof Rutkowski.

Okupy

Wysokość haraczu zależy od majętności porwanego lub jego rodziny. Trudno mówić o jakieś regule, oprócz jednej: są bardzo wysokie. Ale... Porywacze są w stanie precyzyjnie oszacować, ile rodzina ich ofiary jest w stanie rzeczywiście zebrać i w jakim czasie. Za syna jednego z dealerów samochodowych porywacze zażądali i dostali 630 tys. dol. Za uwolnienie olsztyńskiego przedsiębiorcy budowlanego z Olsztyna porywacze zażyczyli sobie miliona marek. Dostali tylko nieco mniej... Z 350 tys. złotych, jakich porywacze zażądali za oswobodzenie przedsiębiorcy z Gdańska, bliskim udało się zebrać 190 tys. zł.

Zapłata nie daje gwarancji uwolnienia porwanego. W Płońsku — mimo uiszczenia wysokiego okupu — rodzina już 2 lata czeka na powrót syna jednego z tamtejszych przedsiębiorców. Co jakiś czas, raz na pół roku, przestępcy kontaktują się z rodziną, twierdząc, że chłopak żyje — i trzeba płacić.

Zdarza się, że kiedy rodzina za szybko zbierze pieniądze, porywacze żądają ponownie mniejszej kwoty bądź znów uprowadzają tę samą osobę.... Skoro raz się udało, warto zaryzykować „dubel”. Zresztą... I podczas przekazywania okupu warto działać bardzo ostrożnie.

— Porywacze żądali za syna przedsiębiorcy z Piaseczna 100 tys. dolarów. Detektyw poradził krewnym rodzinie, by zapłaciła 100 tys. złotych — co powinno wystarczyć porywaczom. No i chłopak leży w ziemi. Zmasakrowany — mówi Samociuk.

— Jako poseł złożyłem projekt poprawki do ustawy o prawie bankowym, w której podkreśliłem konieczność blokady kont porwanych biznesmenów i osób ich najbliższej rodziny. Dzięki temu porywacze mieliby świadomość, że nie dostaną pieniędzy na okup — nawet, gdy są one na koncie ofiary — mówi detektyw Rutkowski.

Wespół raźniej i skuteczniej

Wśród przedsiębiorców coraz częściej słychać: trzeba się zjednoczyć. Musimy sobie radzić sami, bo na policję nie zawsze można liczyć.

Pierwszy był Olsztyn, gdzie przedsiębiorcy w sierpniu 2001 roku stworzyli grupę samoobrony: Warmińsko-Mazurskie Stowarzyszenie na rzecz Bezpieczeństwa. Zatrudnili detektywa Rutkowskiego. Różne słychać o nim opinie, ale fakt — jego patrole i ubrani na czarno ochroniarze sprawili, że porywacze odpuścili...

— Przez pewien czas policjanci ignorowali nasze stowarzyszenie, nie współpracowali z nami, mieli do nas konfrontacyjny stosunek. Dla nich ważniejsi byli złodzieje torebek na starówce... Z czasem zaczęło między nami „trybić”. A media nagłaśniały porwania, co też pomogło. W efekcie udało się zatrzymać i doprowadzić na salę rozpraw 16-osobową grupę porywaczy. Potem kolejną... Odtąd to przestępcy zaczęli się bać nas, a nie my ich — wspomina Tobiasz Niemiro.

Olsztyńscy przedsiębiorcy zatrudnili najlepszych adwokatów: Jacka Dubois i Wojciecha Brochwicza. Nie bez powodu. Porywaczy bronili bowiem najlepsi olsztyńscy adwokaci: Afeltowicz, Klownowski, Terlik.

— Paradoksalnie: oni właśnie kwestionują zasadność istnienia takich społecznych stowarzyszeń, jak nasze. Być może dlatego, że wzięli od klientów pieniądze, a przez nas ich klienci trafili za kratki... Teraz sami się boją... Jeden z nich powiedział mi wprost: „Wy się cieszycie, a co ja mam powiedzieć? Po 15 latach przyjdą do mnie i zażądają pieniędzy. Kto wie, czy sam nie znajdę się w jakimś bagażniku...” — mówi Niemiro.

Dziś przestraszeni czy tylko zaniepokojeni przedsiębiorcy przyjeżdżają do Olsztyna, pytając: jak się skutecznie bronić w grupie. Podobne stowarzyszenie powstaje właśnie w Józefowie. I w Łodzi. Albo we Wrocławiu. I w Ostrowii Mazowieckiej.

Już dość!

Trzy tygodnie temu, grupa przedsiębiorców z Ostrowii Mazowieckiej założyła Stowarzyszenie na rzecz Ochrony.

— Od dłuższego czasu żyliśmy w ciągłym strachu. Faceci w samochodach z przyciemnionymi szybami, ponoć żołnierze gangu wyszkowskiego, wymuszali od nas haracze, kradli nasze samochody, okradali mieszkania, bili. Kto nie chciał płacić — temu palili sklep lub okradali firmę. Pięciokrotnie doszło do porwania dla okupu. Po dwóch ostatnich, gdy ofiarami padły dzieci naszych przedsiębiorców, postanowiliśmy się zjednoczyć i wspólnie myśleć o obronie — choćby za własne pieniądze. Dotychczas policja niewiele zrobiła... — twierdzi Grzegorz Depta, szef stowarzyszenia.

Stowarzyszenie liczy 14 członków, ale 30 następnych zapowiedziało swój udział. Pomysł poparły władze lokalne. Starosta obiecał lokal — na razie udostępnił pomieszczenia w gmachu starostwa, na obrady stowarzyszenia. Nowy komendant zaprosił pułkownika policji, eksperta do spraw walki z zorganizowaną przestępczością, by wspólnie z przedsiębiorcami opracować plan walki z bandytami. To na początek.

Grzegorz Depta podkreśla: nie chodzi o stworzenie własnej policji czy oddziałów paramilitarnych, lecz o ochronę bierną i wymuszenie skuteczności pracy policjantów i wymiaru sprawiedliwości.

— Nie trzeba na to wiele pieniędzy. Jaki jest koszt skierowania patroli policji w zagrożone rejony, kontrolowania podejrzanych samochodów, legitymowania na ulicy członków band? Dwa ukradzione mi samochody znalazł zwykły pieszy patrol, który — chyba z nudów — sprawdził numery rejestracyjne — twierdzi Depta. I dodaje:

— Zachęcił nas przykład Olsztyna, gdzie tamtejsi przedsiębiorcy również założyli podobne stowarzyszenie. I wygrali. W pojedynkę nie dalibyśmy rady postawić się zorganizowanym grupom bandytów. To nie amatorzy, „łebki” liczące na farta, lecz świetnie wyposażone grupy — twierdzi Zbigniew Kempisty, członek stowarzyszenia, któremu kilka miesięcy temu bandyci porwali syna.

Efekt? Przestępcy, którzy wcześniej czuli się bezkarnie, wyhamowali — nie tylko w Olsztynie. Może przenieśli się w inne rejony kraju, gdzie biznesmeni nie są zagrożenia tak świadomi?

— Nikt cię nie obroni, jeżeli ty sam nie zrobisz czegoś, by sobie pomóc. Pomyśl nie tylko o sobie, lecz o rodzinie, pracownikach. Zrób to teraz, bo zamknięty w bagażniku już nic nie wymyślisz — apeluje Niemiro.

Na prośbę rozmówców niektóre nazwiska oraz nazwy firm w tekście zostały zmienione