W dzisiejszej Polsce niełatwo być miliarderem

Adam Sofuł
opublikowano: 2007-03-12 00:00

Premier Jarosław Kaczyński mówił niedawno o „interesach różnych panów, których nazwisk nawet tutaj nie można wymienić — ponieważ błyskawicznie wygrywają każdy proces”. Premier miał zapewne na myśli bogatych biznesmenów, do których nie żywi zbyt ciepłych uczuć. Na szczęście nie wszyscy mówią o biznesie w tonie oskarżycielskim i dlatego bez stresu mogą używać nazwisk. Tak powstają listy najbogatszych — ot choćby publikowana właśnie lista „Forbesa”.

Światowej liście najbogatszych od kilku lat zgodnie przewodzą Bill Gates i Warren Buffett. W polskim rankingu trudno o taką stabilność — lider z poprzedniego roku Zygmunt Solorz-Żak spadł na 4. miejsce, zaś na szczyt tabeli awansował Michał Sołowow. O tym, że jesteśmy krajem na dorobku, niech świadczy fakt, że najbogatszy obecnie Polak dysponuje majątkiem dwudziestokrotnie mniejszym niż przewodzący światowej stawce twórca Microsoftu. Nie wiemy, czy ta dysproporcja bardzo boli naszych najbogatszych, możemy jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że bardziej doskwierają im inne rzeczy.

Polski miliarder musi myśleć nie tylko o nowych wyzwaniach, możliwych inwestycjach, posunięciach konkurentów. Polskich krezusów zaprzątają zmiany prawa. Amerykański miliarder najmuje prawników, by bronić się przed oskarżeniami o wrogie przejęcie, jego polski odpowiednik — by wyjaśnić obecność swojego nazwiska w raporcie z likwidacji WSI. Amerykanin zastanawia się, gdzie polecieć na wakacje, polski miliarder myśli, czy został przez premiera zaliczony do biznesmenów pożytecznych czy do szkodników. To, że polskich miliarderów przybywa, świadczy o tym, że Polak potrafi. Nawet zostać bogaczem. Wypada za Galileuszem powtórzyć: „A jednak się kręci”.