W Falenicy czy w Otwocku?

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2004-06-03 00:00

Nie trzeba przeprowadzać szczegółowych analiz rynku targów transportowych, żeby stwierdzić, iż w tej branży dzieje się nie najlepiej. Należy jednak podkreślić, że ta zapaść nie ma nic wspólnego z koniunkturą na rynku usług transportowych.

Przewoźnicy po prostu przestają interesować się targami. Liczba wystawców maleje z roku na rok, a imprezy targowe odwiedzane są niemal wyłącznie przez konkurencję firm, które zdecydowały się wziąć w nich udział i... przez studentów.

Powód? Specjaliści próbujący udzielić odpowiedzi na to pytanie tradycyjnie podzielili się na dwie szkoły — falenicką i otwocką. Według jednych, przewoźnicy nie biorą udziału w targach, bo czasy są ciężkie i trzeba ciąć koszty, a te związane z targami idą na pierwszy ogień. Inni twierdzą, że wyjazdy na targi nie mają sensu i zdecydowanie lepiej jest inwestować w inne formy promowania siebie, swoich usług i wizerunku.

W Polsce rzeczywiście brakuje jednych, dużych targów mogących przyciągnąć przedstawicieli branży transportowej. W zamian mamy kilka niewielkich imprez nie cieszących się dużą frekwencją wystawców i zwiedzających. Można zaryzykować twierdzenie, że gdyby nie towarzyszące im seminaria i konferencje, to nawet studenci nie zdecydowaliby się na ich odwiedzenie, a jedynymi gośćmi byliby łowcy folderów i kolekcjonerzy firmowych gadżetów.

Duże imprezy mają szansę powodzenia, czego przykładem są choćby targi we Frankfurcie czy Hanowerze. Swoje oferty prezentuje tam nie 30 czy 40, ale 400 i więcej wystawców, a odwiedzający ściągają nie tylko z innych landów, ale i z innych państw.

Ostatnim argumentem przytaczanym przez zwolenników tezy o śmierci targów transportowych w Polsce jest historia udziału w targach dużych firm z branży. Rzeczywiście coraz mniej liczących się operatorów, przewoźników i kurierów wykupuje stoiska targowe. Coraz rzadziej w ich budżetach widnieje pozycja „targi”. Jeśli tak samo postąpią mniejsze firmy, koniec targów będzie nieunikniony.