Czytasz dzięki

W grach jest życie

opublikowano: 04-06-2020, 22:00

Krzysztof Kostowski, prezes i akcjonariusz PlayWaya, opowiada o budowaniu biznesu w branży gier i o tym, czy chce mu się jeszcze pracować

„PB”: Jak wyglądały pańskie początki w branży gier?

Krzysztof Kostowski: To były giełdowe czasy, gdy miałem 15 lat — chodzi o giełdy komputerowe. Później założyłem z bratem hurtownię oprogramowania, która stała się chyba największą firmą tego typu w Polsce. Około 2000 r. rozpocząłem produkcję własnych gier, miałem dużo zespołów deweloperskich. To była produkcja pod własną dystrybucję, mieliśmy własne sklepy. Już wtedy tworzyłem podwaliny tego, o czym zawsze marzyłem, czyli biznesowej niezależności. Przyszedł czas, gdy chciałem iść w świat, dystrybuować nie tylko w Polsce. Wtedy moje wizje biznesowe z bratem się rozjechały. Odszedłem z firmy, nie sprzedając udziałów, i założyłem nowy podmiot. Zaprosiłem deweloperów do współpracy, zaczęliśmy tworzyć niskobudżetowe gry.

W mediach najczęściej mówi się o tzw. produkcjach AAA, jak „Cyberpunk” CD Projektu, a wy działacie w innej części rynku, zrzeszając dużo małych zespołów deweloperskich. Macie 34 firmy zależne i kilkanaście zrzeszonych. Skąd taki model?

Działałem na tym rynku przez wiele lat, nim jeszcze na giełdzie popularne stały się takie spółki. Widziałem inwestorów i zespoły, którzy tracili miliony — ekipa siadała do robienia gry, która „na pewno się uda”, siadajmy więc i róbmy ją przez pięć lat. Nie zawsze jest tak różowo. Gdyby tak było, to pewnie twórcy CD Projektu mieliby 80 proc. akcji, a nie 40. Tworzenie dużych gier nie jest proste. Ja chciałem pokazać, że na niskobudżetowych grach też można zarabiać. Przez lata nie było inwestorów, którzy finansowali branżę — gdyby nie udała mi się jakaś produkcja, musiałbym sprzedać mieszkanie, żeby uzupełnić lukę i zapłacić ludziom. Dlatego trzeba było robić dużo gier — jak trzy się udały, a trzy nie, to te, które się udały, pozwalały wszystko utrzymać. Ten model się sprawdził — zawsze mieliśmy dobrą sytuację finansową.

Wasze pierwsze hity to symulatory.

Już na etapie spółki dystrybucyjnej obswerwowałem, jak sprzedają się symulatory. Robiliśmy symulator ciężarówki Trucker, Maluch Racera i inne. Gdy go zrobiliśmy, to był on tzw. long sellerem, a jak dotknęliśmy gier dziecięcych czy innych tematów, to zawsze było jakoś pod górkę. Ustawiłem się więc pod symulatory, bo one doskonale się sprzedawały. W hurtowni zdobyłem wiedzę na całe życie. Ja odpowiadałem za zamówienia i po prostu widziałem, co się sprzedaje — jak zamawiałem np. od Microsoftu symulator pociągów, to zamawiałem go tak samo w 2010 i 2011 r. Inne gry były chwilowe: wchodzi strategia, wyjdzie niedługo, wchodzi gra sportowa, a po dwóch tygodniach nikt o niej nie pamięta. Symulator to był konstans.

987c9ee0-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Rynek gier
Newsletter z wiadomościami nt. branży gamingowej oraz polskich producentów gier komputerowych.
ZAPISZ MNIE
Rynek gier
autor: Grzegorz Suteniec
Wysyłany raz w tygodniu
Grzegorz Suteniec
Newsletter z wiadomościami nt. branży gamingowej oraz polskich producentów gier komputerowych.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Jak zachować niezależność w świecie, w którym dystrybucja gier odbywa się w dużej mierze przez takie platformy jak Steam?

Dla mnie Steam czy konsole to jest niezależność. Te firmy i sklepy za — powiedzmy — 30 proc. robią dla nas coś, czego my nie zrobilibyśmy za 30 proc.? Jeśli mielibyśmy robić całe platformy dystrybucyjne, organizować płatności, systemy rekomendacji, to byśmy sobie nie poradzili. Uznaję to za dobrodziejstwo, w żadnym razie za zależność.

Czy dobrodziejstwem jest też obecność na giełdzie? Pewnie łatwiej zdobyć pieniądze na kolejne produkcje…

Giełda to też dobrodziejstwo, ale w trochę innym sensie. Nie jestem fanem nowych emisji. Dla części prezesów naszych spółek świetną motywacją jest jednak wycena ich wkładu. Chcą mieć po prostu udziały warte np. 10 mln zl, a nie wirtualne. To ma oczywiście konsekwencje — jak się wchodzi na giełdę, trzeba produkować więcej, zadowolić akcjonariuszy. Dzięki giełdzie stają się milionerami i dzięki niej ich ambicje rosną.

Pan sam stał się miliarderem — pański pakiet jest wyceniany na 1,3 mld zł. Chce się panu jeszcze pracować? Nie myślał pan o kupnie jachtu i piciu drinków z palemką na Karaibach?

Spełniony finansowo to ja byłem, gdy miałem chyba 16 lat. To, co daje interakcja z ludźmi, załatwianie nowych projektów, tworzenie gier — tego nie dałoby leżenie na jakiejś wyspie. Robiłem sobie kiedyś wewnętrzną symulację i pewnie czwarta minuta na takiej wyspie byłaby dla mnie nużąca, a szósta — katuszami. Nie dam rady więcej wpatrywać się w wodę. Tutaj się dzieje, tu jest życie, nie planuję wychodzić z firmy.

Wywiad jest skróconym zapisem rozmowy z odcinka podcastu „Puls Biznesu do słuchania” pt. Gra o duże pieniądze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Marcel Zatoński

Polecane