Oczekiwana od dawna, sfinalizowana 14-15 maja 2026 r. wizyta prezydenta Donalda Trumpa u przewodniczącego Xi Jinpinga to nie żaden koncyliacyjny przełom w relacjach Stanów Zjednoczonych Ameryki z Chińską Republiką Ludową, albowiem taki nie jest możliwy. W XXI wieku obie potęgi weszły na kurs rywalizacyjno-konfrontacyjny, z którego odwrotu już nie ma. W 350-milionowych USA liczba ludności powoli rośnie, zaś nominalny PKB nadal wyraźnie przoduje, w tym roku szacowany jest na blisko 32 bln USD. Populacja Chin w granicach państwa – bez diaspory – od kilku lat powoli topnieje, chociaż jeszcze przekracza 1,4 mld. Tegoroczna wartość chińskiego PKB szacowana jest na 20,7 bln USD, zatem w przeliczeniu per capita Chiny dzieli od USA odległość jeszcze gigantyczna. Dla komunistyczno-kapitalistycznych władców niski poziom życia rzesz biedaków nie ma jednak znaczenia, liczy się tylko rosnąca liczba milionerów. Notabene nie jest to dalekie od mentalności Donalda Trumpa, który krążąc na orbitach miliarderów, odleciał bardzo wysoko od podstawy społeczeństwa.
Na relacjach amerykańsko-chińskich odbija się zróżnicowana perspektywa czasowa. USA wkrótce obchodzą 250. urodziny, czyli rocznicę Deklaracji Niepodległości uchwalonej 4 lipca 1776 r. Historia Chin jest kilkanaście razy dłuższa, obejmuje ponad 5000 lat kulturowo, zaś około 3800 lat zorganizowanej państwowości. Co prawda komuniści uznają dopiero 77-letnią erę szczęśliwości od 1 października 1949 r., ale już od dawna nie odcinają się od korzeni i tradycji. Z Wystawy Światowej Expo 2010 w Szanghaju zapamiętałem imponujący pawilon gospodarzy, w którym partia komunistyczna zaprezentowała osiągnięcia chińskiej cywilizacji na przestrzeni tysiącleci. Kontrast dziejowy przywołuję nieprzypadkowo, ponieważ Chiny podchodzą do rywalizacji w jej obecnej fazie filozoficznie. Mają po prostu czas, wiedząc, że dogonią USA i przejmą globalny prymat gospodarczo-technologiczny już bezapelacyjnie.
Zróżnicowanie perspektyw państwowych przekłada się na relacje obu władców. Donald Trump 14 czerwca skończy 80 lat i już przygasił pozakonstytucyjne mrzonki o trzeciej kadencji, godząc się z nieubłaganą okolicznością, że 20 stycznia 2029 r., czyli w wieku 82,5 roku, opuści Biały Dom. Xi Jinping relatywnie jest młodzieniaszkiem, akurat 15 czerwca skończy 73 lata. Komunistycznym cesarzem został w 2012 r., po umocnieniu władzy obalił wprowadzoną jeszcze przez Deng Xiaopinga zasadę wymiany co dekadę rządzącej ekipy. Zamierza władać dopóki mu biologia pozwoli, może ćwierć wieku. Kult jednostki Xi Jinpinga porównywalny jest w Chinach tylko z epoką Mao Zedonga. Donaldowi Trumpowi trudno się z tym pogodzić, ale w konkurencji świeckiej autokanonizacji trafił w Pekinie na lepszego od siebie.
Powyższa argumentacja przekłada się na treść dwustronnych rozmów oraz deklaracji. Przepełnione są wzajemną kurtuazją, ale po wyciśnięciu z nich wody suchego zostaje niewiele. Xi Jinping zauważył, że świat znalazł się na nowym rozdrożu i trwają głębokie zmiany, co jest oczywiście truizmem. Donald Trump uznał gospodarza za wielkiego przywódcę – chociaż nie awansował go do kategorii świetnych – i stwierdził, że oba kraje będą miały fantastyczną przyszłość. Generalnie jednak obaj nie ukrywają, że ich priorytety są zupełnie inne. Donald Trump ma w oczach tylko biznes i biznes, co potwierdził zabraniem na pokład Air Force One całej czołówki amerykańskich potentatów technologicznych – oczywiście z nadziejami na nowe kontrakty, dostęp do pierwiastków ziem rzadkich etc. Xi Jinping rękawicę technologiczną podjął, ale dla niego największe znaczenie ma Tajwan, pozostający od 77 lat pod parasolem ochronnym USA. Pekin traktuje wyspę jako zbuntowaną prowincję, z której wchłonięcia nie ustąpi nigdy. Drażliwym tematem rozmów stała się oczywiście blokada Cieśniny Ormuz, przez którą paliwo płynęło głównie do Chin. Obaj władcy zgodzili się, że ewentualne pobieranie myta przez Iran byłoby nielegalne, ale Xi nie osiągnął jakiejkolwiek deklaracji Trumpa, kiedy realnie doprowadzi do otwarcia cieśniny, bo przecież to on rozpętał wojnę i on może ją choćby przygasić. Prezydenci dokonali także kopernikańskiego odkrycia, że stabilne relacje Chin z USA są korzystne dla świata. Gdy obie strony współpracują, to zyskują, a gdy walczą – tracą. Największym pragnieniem Donalda Trumpa jest przekierowanie agresywnej ekspansji Chin na inne kontynenty, na przykład na Europę – aby tylko nie na USA. Xi Jinping ma w tej sprawie zupełnie inne zdanie.

