W marketach robi się ciasno

Marcel Zatoński
opublikowano: 2011-11-23 00:00

Majsterkowicze wydają rocznie ponad 20 mld zł. Coraz więcej w mniejszych miastach.

Od przybytku głowa nie boli, ale budowlańcy, stolarze i złote rączki mają kłopot z bogactwem oferty. Poza składami i hurtowniami budowlanymi o ich względy walczą sieci marketów DIY (do it yourself — zrób to sam). Do Polski wkroczyła właśnie szwedzka Jula, już 11. sieć na rynku zdominowanym przez zagraniczne koncerny.

— Już na koniec 2012 r. powinniśmy dysponować 8-9 multimarketami. Wydaje się, że każde ze 100-tysięcznych polskich miast to dobre środowisko dla naszych sklepów, a miast tych jest 40 — mówi Daniel Adamiuk, country manager w Jula Poland.

Tymczasem eksperci mają wątpliwości, czy na rynku jest jeszcze miejsce, zwłaszcza w największych miastach.

— Sieci DIY działające w Polsce nie widzą już miejsca na rozwój w dużych aglomeracjach. Większość z nich strategię rozwoju w kolejnych latach opierać będzie na otwieraniu nowych placówek w mniejszych miastach — uważa Joanna Jarzębowska z ASM Centrum Badań i Analiz Rynku.

Budowlane sieci

W Polsce działa prawie 380 marketów budowlanych. 93 placówki ma PSB Mrówka (większość otworzono w ciągu ostatnich 2 lat), niewiele mniej — Bricomarché z francuskiej grupy Muszkieterów. Obie sieci stawiają na mniejsze ośrodki. Sklepy Bricomarché tworzone są w małych i średnich miejscowościach, gdzie większość osób mieszka w domach z ogrodem i chętnie inwestuje w zakup roślin oraz sprzętu ogrodniczego — głosi strategia Bricomarché. Pozostałe sieci otwierają nowe sklepy znacznie wolniej. W największych miastach najsilniejszą pozycję ma Castorama, należąca do brytyjskiego koncernu Kingfisher. Tylko w pierwszym półroczu jej sprzedaż nad Wisłą sięgnęła blisko 3 mld zł. Niedawno Brytyjczycy uruchomili Castoramę w Ełku. Obi otwiera sklepy w Lesznie i pod Krosnem, a Leroy Merlin — w Puławach. Dużych miast na tej mapie nie ma — co więcej, ze Szczecina w tym roku wycofało się Nomi.

— Rynek nie jest jeszcze zapełniony, ale nowe sklepy będą się pojawiać raczej w miastach od 100 do 300 tys. mieszkańców, gdzie jest na nie jeszcze sporo miejsca — mówi Kacper Chudzikiewicz z Leroy Merlin.

Apetyt Juli

Wchodząca do Polski Jula zaczyna od warszawskich marketówprzejętych po sieci Electro World, ale apetyt ma dużo większy. W lutym otworzy sklep we Wrocławiu, a potem w Łodzi, Gdańsku, Lublinie i na Śląsku. W Szwecji i Norwegii ma 46 sklepów.

— Polska jest bardzo wymagającym rynkiem. Jesteśmy jednak świetnie przygotowani finansowo. Firma od lat jest w znakomitej kondycji i nawet kilka chudszych lat nie ostudzi naszej determinacji w walce o polskich klientów. Jula nie przybywa do Polski, by zremisować, ale by odnieść zwycięstwo — mówi Daniel Adamiuk. Sklepy szwedzkiej sieci mają różnić się od konkurencji asortymentem — poza artykułami budowlanymi oferują odzież roboczą, a także drobną elektronikę i AGD. Sprzedają też produkty pod markami własnymi.

— Wchodząc ze swoimi sklepami do dużych ośrodków, Jula chce się odróżnić od innych sieci, m.in. produktami pod marką własną oraz niskimi cenami. Taka „dyskontowość” może się spodobać klientom indywidualnym — mówi Joanna Jarzębowska z ASM Centrum Badań i Analiz Rynku. Francuskie Leroy Merlin nie zamierza porzucać dużych miast, ale też szuka nowych kanałów dystrybucji i nowych klientów.

— Wzrośnie sprzedaż przez internet. Już prowadzimy taki sklep, a w przyszłym roku będziemy go rozbudowywać — mówi Kacper Chudzikiewicz.