W oddali już widać wybory europejskie

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-09-26 20:00

Do wyznaczonego na 15 października wyboro-referendum pozostaje 2,5 tygodnia, zatem to naturalny temat pierwszoplanowy, którego echa notabene odbijają się również poza Polską.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W dalszym horyzoncie czasowym powoli przebijają się jednak następne głosowania. Na razie jeszcze nie istnieją w obiegu publicznym wybory samorządowe, które po przedłużeniu kadencji odbędą się zapewne 7 kwietnia 2024 r., w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Powoli konkretyzują się natomiast wybory do Parlamentu Europejskiego (PE), wyznaczone na długi weekend 6-9 czerwca 2024 r. – w Polsce głosowanie odbędzie się w ostatnim z tych dni, czyli tradycyjnie w niedzielę.

W Unii Europejskiej rozwija się przytłumiona dyskusja o kierunkach potencjalnych reform. Jak to zwykle we wspólnotowej machinie – wszystko jest nierychliwe, decyzyjność dojrzewa miesiącami czy nawet latami. W przedemokratyzowanej UE absolutnie niewyobrażalna jest np. sytuacja z obecnej Polski, gdzie najwyższy pan Jarosław Kaczyński z całkowitego zaskoczenia dla wszystkich, w tym nawet dla jego podwładnych z PiS, krzyczy 15 czerwca w Sejmie „to musi być przedmiotem referendum!” – i zachcianka władcy materializuje się po czterech miesiącach.

Najlepszym przykładem unijnego bezwładu jest przetwarzanie dorobku tzw. konferencji w sprawie przyszłości Europy. Rozpoczęła się w marcu 2021 r. jako wspólna inicjatywa PE, ministerialnej Rady UE oraz Komisji Europejskiej (KE), zaś zakończyła się uroczyście 9 maja 2022 r., czyli w Dniu Europy. Zaowocowała bardzo obszernym sprawozdaniem, pełnym wzniosłych idei i propozycji. Największą jej ułomnością było demonstracyjne wręcz pominięcie, odcięcie od przebiegu i dorobku… Rady Europejskiej (RE). A przecież to właśnie kolegialna głowa wspólnoty, czyli szczyt 27 równych stanem premierów/prezydentów decyzyjnie jest absolutnym numerem jeden – chociaż jej polityczne konkluzje nie wchodzą do acquis communautaire, czyli porządku prawnego. Wśród dorobku konferencji znalazły się pomysły zarówno sensowne, jak też absurdalne, w tym m.in. dotyczące eurowyborów. Całkowite mrzonki to na przykład głosowanie we wszystkich państwach jednolicie 9 maja, stworzenie ponadnarodowych list dla eurokratycznej elity, wystawianie przez partyjne międzynarodówki tzw. wiodących kandydatów na przewodniczącego KE. Te odklejone od rzeczywistości pomysły próbowano wdrożyć już w 2024 r. – ale wszystkie trafiły do kosza.

Dorobek konferencji wydaje się raczej passé, natomiast pięć minut ma raport ekspertów niemiecko-francuskich. Odkrywają symboliczną Amerykę, że przed ewentualnym kolejnym rozszerzeniem UE potrzebuje reform, które powinny wejść w życie w kadencji 2024-29. Słusznie zauważają, że przyjęcie do wspólnoty nawet 10 nowych państw – w takim pakiecie dołączyła w 2004 r. Polska – spowoduje ogromne zmiany w składzie, strukturze i procesach decyzyjnych we wszystkich instytucjach. Lekiem na całe zło chaosu ma być odejście od wymogu jednomyślności przy podejmowaniu decyzji w Radzie UE, która powinna zrezygnować z niej we wszystkich dziedzinach, w której jeszcze obowiązuje. Z drugiej strony eksperci zastrzegają, by głosowanie większością kwalifikowaną stosowane było tylko w ostateczności, przede wszystkim w kwestiach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Pomysłodawcy w szczegółach zapisali jeszcze wiele zabezpieczeń i rekomendacji, łagodzących zmiany. Najważniejsze, że raport dotyczy… Rady UE, czyli zbierającej się w dziesięciu mutacjach branżowych ministerialnej izby legislacyjnej, współtworzącej dyrektywy i rozporządzenia wspólnie z PE. Raport nie tyka zasady jednomyślności na prezydencko-premierowskich szczytach RE. Być może dlatego, że jej zniesienie wymagałoby istotnej zmiany traktatowej, wymagającej… jednomyślności. I tak oto koło niemożności się zamyka.