W wina inwestuj na lewo

Przykładowy rocznik 2013 Haut Brion zdrożał 42 proc. w rok. A gdzie jest Haut Brion? Podobno i w Pessac-Léognan, i Graves, i Bordeaux

Region winiarski Bordeaux można podzielić na mnóstwo sposobów, jednak skrupulatny księgowy z ani jednego nie byłby zadowolony — albo jakaś klasyfikacja obejmuje tylko część winnic, albo okazuje się, że wydzielone obszary niefortunnie się pokrywają. Przymierzając się do inwestycji, warto pozbyć się poczucia bałaganu, bo Bordeaux da się sprytnie uporządkować, zwłaszcza że część pracy wykonała już za wszystkich rzeka.

W analizach giełdy inwestycyjnych win nierzadko pojawiają się informacje, że wzmocnił się prawy brzeg albo lewy osłabiły przymrozki — mowa właśnie o dwóch stronach Żyrondy, czyli lejkowatego ujścia, którym rzeki Dordogne i Garonna spływają do Atlantyku. Żeby nie zaczynać od wszystkiego naraz, można spojrzeć na początku w lewo, na dwa bordoskie podregiony — Médoc i Graves — a następnie podzielić je tak, żeby znaleźć Haut Brion. Główne obszary, na które trzeba zwrócić uwagę w pierwszym, to Pauillac i Margaux, a także sakralnie brzmiące Saint-Julien i Saint-Estèphe. Z Graves natomiast przyda się poznać części Sauternes i Pessac-Léognan. Z Médoc są wina czerwone, z Graves — różnie, choć pod tym względem wybór i tak wszędzie jest wąski.

MÉDOC

Saint-Estèphe bez liftingu

Najbardziej na północ ze wszystkich wymienionych i najbardziej gliniasto — Saint-Estèphe posiada glebę bogatą w glinę naniesioną przez Żyrondę. Podłoże, które wolno oddaje wodę, ma bezpośrednie przełożenie na wino, dlatego że winoroślom nie zagraża aż tak bardzo upalne lato. Trunki mają wyższą kwasowość, intensywną barwę i głęboki smak, a przy tym predyspozycje, żeby godnie się starzeć — a zdolność długiego dojrzewania to podstawowy warunek dla inwestycji długoterminowej, który wyklucza z portfela m.in. najzwyklejsze stołowe wina. Przykładowe Montrose z rocznika 2016 potrafi kosztować 560 zł za butelkę, według Wine Searcher, ale można mieć nadzieję, że po 20 latach będzie bardziej dojrzałe niż tylko podejrzane.

Pauillac przyciąga kapitał

Mimo że Saint-Estèphe i Pauillac oddzielone są tylko strumieniem, różnice pomiędzy nimi są wyraźne i związane tak z glebą, jak z rodziną Rothschildów. Zamiast gliny jest więcej luźnego żwiru, dlatego teren obsadzony jest głównie szczepem cabernet sauvignon, który lepiej się uprawia na terenie szybko odprowadzającym wodę. Wątek agrarny płynnie przechodzi przy tym w budującą opowieść o bogactwie, bo z Pauillac wywodzą się tak drogie wina, jak Latour, Lafite Rothschild czy Mouton Rothschild z uśrednioną ceną 2,3 tys. zł za butelkę, według Wine Searcher. Lafite z tej samej rodziny kosztuje przeciętnie 3,5 tys. zł, a w ramach szerszych uogólnień — roczny wzrost wartości wyniósł 20,3-40,1 proc. Takie wyniki podaje giełda Liv-ex dla różnych roczników, bo najwięcej zarobił 2014, a najmniej trzy lata starszy, chociaż w zestawieniu z oprocentowaniem lokat to i tak więcej o zero.

Saint-Julien od M&A

Z czterech głównych podregionów w Médoc, Saint-Julien prezentuje się pod wieloma względami najskromniej. Produkcja jest najniższa, a w dodatku brakuje tzw. first-growth château, czyli producenta przypisanego według winiarskich klasyfikacji do najwyższej kategorii, Premier Cru. W Bordeaux takich gwiazd jest pięć, z czego trzy wymienione znajdują się w Pauillac — co jednak nie oznacza, że Saint-Julien to już półka z osiedlowego supermarketu, bo za przykładowe Château Léoville-Las Cases można zapłacić nawet powyżej 800 zł za butelkę. Na etykiecie nie ma oznaczenia najszacowniejszej kategorii, ale fakt zupełnie nie przeszkadza inwestorom, którzy nie tylko kupują skrzynki win, ale całe kawałki Saint- -Julien. Jak coraz częściej w Bordeaux, na tym obszarze również prywatni inwestorzy mieszają się z międzynarodowymi korporacjami, a na polowanie regularnie wychodzą tygrysy z Azji.

Margaux — komu bije…

Saint-Julien nie przylega do Margaux, bo dzieli je teren Środkowego Médoc, a także wymarzony szczebel w jakościowych klasyfikacjach. Jak łatwo się domyślić, Margaux słynie m.in. z Château Margaux, któremu status Premier Cru przyznano już podczas głośnej klasyfikacji w 1855 r. — i nie zmieniono zdania do dzisiaj, mimo że wtedy oceniano głównie cenę wina i reputację producenta. W związku z tym, że gleba w Margaux ma mniej gliny, a więcej żwiru, uprawy są bardziej podatne na wahania pogody, chociaż same krzewy są silniejsze, bo ich korzenie muszą sięgać głębiej — po składniki odżywcze ze spodnich warstw, które krytycy wyczuwają później w kieliszkach. Gdy warunki sprzyjają, może być więc i drogo, i hemingwayowsko, bo za butelkę Margaux płaci się średnio powyżej 2,3 tys. zł, a amerykański pisarz nieprzypadkowo nie nazwał córki Margot, tylko zgodnie z etykietą. Jak twierdził, udział Margaux w poczęciu Margaux był nie do pominięcia.

GRAVES

Pessac-Léognan, z piłą w las

Tak jak Margaux jest oddalone o 24 km na północ od miejscowości Bordeaux, tak Pessac-Léognan przylega do niej od południa, bo przynależy już nie do podregionu Médoc, tylko do bogatego w żwir Graves. Chociaż dwuczłonowa nazwa obszaru wydaje się trudniejsza do zapamiętania, warto ją znać na przykład ze względu na Château Pape Clément, gdzie działano już w pierwszych latach XIV wieku. Dzisiaj papieskie wino może kosztować kilkaset złotych za butelkę, jednak w granicach Pessac-Léognan nie staje nawet do konkurencji ze wspomnianym Haut Brion, którego najbardziej uśredniona cena przekracza 9 tys. zł. Najbardziej uśredniona, bo dla sprzedaży wszystkich dostępnych roczników w wielu krajach — na londyńskiej giełdzie, gdzie handluje się skrzynkami, ceny są dużo bardziej zróżnicowane. Skrzynka Haut Brion ze znakomitego 2010 rocznika kosztuje handlarzy 6,4 tys. GBP (31 tys. zł), a 2013 już 2,7 tys. GBP (13 tys. zł), co w Pessac-Léognan wypadałoby zestawić tylko z cenami sośniny. Winnice otaczają lasy, których wycinka jest na porządku dziennym, bo trudno stwierdzić, czy większość importerów kojarzy region z niedostępnymi winami, czy z drewnem.

Sauternes na deser

Tak jak w Pessac-Léognan produkuje się też wina białe, Sauternes rozsławia je na zasłużenie szeroką skalę. Fakt, że wysoko oceniane roczniki mogą kosztować powyżej 1 tys. USD, może już sporo sygnalizować inwestorowi — wina są białe, a jednak drogie, więc może chodzi właśnie o takie, które mają potencjał długiego dojrzewania. Istotnie, chociaż do określenia barwy lepiej się aż tak nie przywiązywać, bo za etykietą z Sauternes często widać nie jasny i szampański, tylko złotawy, a po latach nawet bursztynowy kolor.

Wina z tego obszaru bywają znacznie ciemniejsze niż znane odmiany deserowe, a ich ceny tylko podbijają ten kontrast — wizytówką jest słynne Château d’Yquem, którego 2010 rocznik ma przeciętną cenę 2,3 tys. zł za butelkę, a dojrzewanie może mu zająć nawet wiek. Inwestor, który poświęci ewentualny zwrot i zdobędzie się na gest odkorkowania, w nagrodę będzie mógł się wykazać, bo krytycy wyczuwają zarówno aromat brzoskwini czy moreli, jak i karmelu, ale też wiciokrzewu, o którym mało kto wie, że w ogóle jest.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / W wina inwestuj na lewo