Waluty mogą wskazać kierunek indeksom giełdowym

Piotr Kuczyński
29-11-2004, 00:00

Amerykanów nie przeraża szybki spadek dolara — o ile zagraniczni inwestorzy nie zaczną od nich uciekać. Patrzmy więc pilnie na obligacje. One dadzą sygnał.

Z Ameryki

W minionym, nietypowym z powodu Święta Dziękczynienia tygodniu indeksy amerykańskie wzrosły. Dzięki temu anulowana została zapowiadająca spadki formacja podwójnego szczytu. Powszechnie oczekuje się, że po świecie początek sezonu bożonarodzeniowej sprzedaży w USA będzie bardzo mocny, co przedłuży hossę, która zakończy się na przełomie roku rajdem św. Mikołaja i efektem stycznia. Jednak na wykresie tygodniowym S&P500 nadal straszy zasłona ciemnej chmury, a poza tym możliwe jest utworzenie tygodniowego podwójnego szczytu. Równie dobrze jednak może się rysować prowzrostowa flaga. Dlatego sytuacja jest bardzo dwuznaczna.

Uwaga inwestorów koncentrowała się ostatnio na rynku walutowym. Powodem kolejnego osłabienia dolara było oświadczenie Aleksieja Uliukajewa, przedstawiciela banku centralnego Rosji, że kraj ten może podwyższyć rezerwy walutowe w euro (obecnie wynoszą około 30 proc.). Nie wykluczam, że stały za tym oświadczeniem nie tylko względy ekonomiczne. Można dopatrywać się w nim pierwszej, ale nie ostatniej reakcji na ostre stanowisko USA w sprawie Ukrainy.

Można być pewnym, że również inne kraje zaczną przymierzać się do zmiany struktury rezerw. Pół biedy, jeśli więcej transakcji eksportowych zacznie rozliczać się w euro, chociaż i to poważnie osłabiłoby dolara. Prawdziwy problem powstałby, gdyby kraje zechciały przewalutować część rezerw. Rynek zareagował w piątek na informację agencji China Business News, że Chiny zmniejszyły stan posiadania obligacji amerykańskich. Doradca rządu w Pekinie powiedział, że nic mu nie wiadomo o takich działaniach, czym rynki na chwilę uspokoił. Gdyby to była jednak prawda, upadłaby kolejna kostka domina. Indonezja też zapowiedziała, że zamierza zmniejszyć rezerwy w dolarach. A ile krajów o tym myśli, albo to już robi, nie chwaląc się publicznie?

Mam wrażenie, że walka USA o osłabienie dolara może uruchomić procesy, których rynki się nie spodziewają. Może się okazać, że banki i rządy wystąpią w roli nieudolnego ucznia czarnoksiężnika nie potrafiącego zatrzymać reakcji, które uruchomił. Trzeba pamiętać, że w erze globalizacji, liberalizacji i szybkiego postępu technicznego, wielkie masy pieniędzy mogą przemieszczać się w ułamku sekundy (dzienne obroty rynku walutowego sięgają 2 bln USD). Jeśli banki centralne będą interweniowały, spekulanci skorzystają na tym, sprzedając dolary. Przyjdzie jednak moment, w którym najbardziej zacięci obrońcy dolara powiedzą „stop”. A USA codziennie potrzebują już napływu 2,6 mld USD kapitału netto na sfinansowanie deficytu.

Ostatnio w „Boston Herald” ukazał się artykuł omawiający prywatne spotkanie Stephena Roacha z Morgan Stanley z wybraną grupą zarządzających funduszami. Miał on powiedzieć, że Ameryka ma nie więcej niż 10 proc. szans uniknięcia gospodarczego armagedonu. Roach ocenia na 30 proc. prawdopodobieństwo szybkiego załamania i 60 proc., że nastąpi ono z opóźnieniem. Nie ma sensu powtarzać argumentów za tą tezą, bo są one znane. Co w praktyce oznaczałby taki „armagedon”? Dolar załamałby się, stopy w USA mocno wzrosły, indeksy sięgnęły dna, a w gospodarce zapanowałaby recesja. Teoretycznie jest możliwe spokojne, wolne równoważenie światowej gospodarki (czyli kontrolowane osłabienie dolara), bo ono jest konieczne. Problem w tym, że w obecnych warunkach takie kontrolowane osłabienie jest mało prawdopodobne. Zgadzam się ze Stephenem Roachem i uważam, że załamanie przyjęłoby na wykresach indeksów postać dużej, spadkowej fal C, która w przypadku S&P500 może sięgnąć 500 pkt. Ale to dopiero przyszłość.

W tym tygodniu danych będzie aż za dużo i większość z nich będzie miała wpływ na zachowanie rynków finansowych. Trzęsienie ziemi przyjdzie jednak dopiero na zakończenie tygodnia. W piątek dowiemy się, jak wyglądał w listopadzie rynek pracy. Pamiętamy, jakim szokiem były mocne dane miesiąc temu. Należy oczekiwać, że czekając na te dane i koniec roku inwestorzy będą kupowali akcje. Pod warunkiem wszak, że sprzedaż podczas minionego świątecznego weekendu okaże się rzeczywiście bardzo mocna. Gdyby Amerykanie ograniczyli wydatki, to od początku tygodnia rozpocznie się korekta. Istnieje również zagrożenie płynące z rynku walutowego. Amerykanów nie przeraża szybki spadek dolara — pod warunkiem, że zagraniczni inwestorzy nie zaczną od nich uciekać. Dlatego bacznie obserwujmy rynek obligacji. Tam najszybciej widać byłoby takie ruchy. Co prawda kapitał z tego rynku odpływa (w odróżnieniu od rynku akcji), ale na razie bardzo wolno, a to groźne nie jest.

Z Polski

Pierwsze dwie sesje tygodnia były na warszawskiej giełdzie bardzo słabe. Obroty nadal były spore, a podaż uparta. Otoczenie polityczne, problemy z budżetem, słabe dane makro — to oczywiste powody słabości rynku. Jeszcze parę tygodni temu spodziewałem się, że takie właśnie niepokoje przeniosą się na rynek złotego. Nic z tych rzeczy. Reagowała tylko giełda, ale w drugiej połowie tygodnia, i to się skończyło. Gra pod zwyżki na przełomie roku ma swoje prawa. Poza tym sejmowa dyskusja o projekci budżetu na 2005 r. zakończyła się bardzo szybko, mimo że budżet jest miejscami bardzo dyskusyjny i zgadzam się z opozycją, że prawie na pewno będzie w przyszłym roku zmieniany. Widać wyraźnie, że nikomu (szczególnie SdPl i planktonowi politycznemu) nie zależy na szybkim rozwiązaniu parlamentu.

Nasze rynki italianizują się, i tak, jak we Włoszech, gospodarka staje się coraz bardziej odporna na politykę. Niepokoi jednak to, że fundamentalnych powodów do zwyżki indeksów i umocnienia złotego nie było. Do bardzo słabej dynamiki produkcji przemysłowej (GUS zapowiedział, że dynamika pozostanie słaba) doszły kolejne kiepskie dane makro. W listopadzie pogorszył się ogólny klimat koniunktury w przetwórstwie przemysłowym, a klimat w budownictwie jest w tym miesiącu oceniany gorzej niż miesiąc wcześniej. Sprzedaż detaliczna była w dolnych granicach oczekiwań, wyraźnie mniejsza od średniej prognoz. Spadł liczony przez instytut Pentor wskaźnik koniunktury bankowej Pengab. Bureau for Investments and Economic Cycles (BIEC), podające bardzo wiarogodny, informujący o przyszłych tendencjach w polskiej gospodarce Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), poinformowało, że kontynuacji wzrostu nie widać. Według BIEC spada tempo napływu zamówień i pogarsza się sytuacja finansowa krajowych przedsiębiorstw.

Mimo tych złych danych rynek zareagował tylko lekkim osłabieniem złotego na słowa Jerzego Hausnera. Wicepremier ostrzegł, że „umocnienie złotego nie dzieje się gwałtownie, ale gdyby nawet następowało powoli, to będziemy mieli problem ze wzrostem gospodarczym i eksportem”. Natychmiast jednak skontrował tę wypowiedź Mirosław Gronicki. Minister finansów uspokajał rynki, że nawet kurs euro równy 4,1 zł nie byłby groźny dla polskiej gospodarki. Dobrze byłoby, gdyby ministrowie uzgodnili poglądy w tej sprawie...

Wydaje się, że w rządzie trwa walka, a jeśli nie walka, to nie ma porozumienia między wicepremierem a ministrem finansów. A może jednak minister finansów wie, co robi. Niewiele ryzykuje, doprowadzając na koniec roku do znacznego umocnienia złotego (chodzi mu o kurs, po jakim przeliczy się zadłużenie zagraniczne) i wie doskonale, że w nowym roku go osłabi. Wystarczy, że rząd będzie wymieniał europejskie dotacje w Narodowym Banku Polskim, a składkę, którą musi odprowadzić do Unii, wymieni na euro częściowo na rynku — i zobaczymy osłabienia złotówki. Wydaje mi się nieprawdopodobne, by w sytuacji, gdy popyt wewnętrzny jest słaby, a bezrobocie duże, rząd importował bezrobocie i hamował eksport, podtrzymując siłę złotego. Niedługo zobaczymy, czy ta teoria się sprawdzi.

Komunikat po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej (RPP), na którym ta nie zmieniła stóp procentowych, był wbrew pozorom bardzo interesujący. Rada napisała w nim, że nie widać utrwalenia pozytywnych tendencji na rynku pracy, a dynamika inwestycji okazała się niższa niż sądzono poprzednio. Leszek Balcerowicz, prezes NBP, po raz pierwszy od dawna powiedział coś o rynku walutowym: „istnieje duża niepewność co do przyszłego kursu złotego”. Niby nic, ale widać, że Rada zaczyna interesować się czymś jeszcze poza inflacją. Patrzy na kurs walutowy i rynek pracy. Z zadowoleniem witam tę zmianę. Pozostaje mieć nadzieję, że nie było to wydarzenie jednorazowe, szczególnie że pojawiają się już pierwsze sygnały trendu, który może objąć wiele krajów świata. Węgry zapowiedziały chęć dążenia do osłabienia forinta. Słowacja ostrzega, że nie dopuści do zbytniego wzmocnienia korony. To samo mówi prezydent Brazylii o realu. Widać więc, że wchodzimy w klasyczny schemat, kiedy wszyscy starają się przerzucić swoje kłopoty na sąsiada, dewaluując walutę lub wprowadzając bariery w handlu międzynarodowym.

Indeksy giełd naszego regionu (Polska, Czechy, Węgry) ciągle znajdują się w piątej i ostatniej fali korekty. Znajdują się w niej i w niej pozostaną, ale powtarzam: takie fale mogą być zarówno bardzo długie, jak i bardzo krótkie. Wielu analityków sygnalizuje, że zainteresowanie kupnem akcji ze strony ich niezbyt znających się na giełdzie znajomych rośnie lawinowo. A to sygnał poprzedzający koniec hossy. Poza tym przed bessą zawsze dostaję większą porcję krytycznych listów. I tak jest tym razem. Zarzuca mi się „ciągły pesymizm” zapominając, że od blisko dwóch lat mówiłem o hossie. To jeszcze jeden powód, by powiedzieć: ostrożnie. Być może wejdziemy z hossą w nowy rok, ale potem przyjdzie załamanie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Waluty mogą wskazać kierunek indeksom giełdowym