Stanisław Tyczyński, wizjoner i twórca Radia RMF, stworzył w kosmicznych kopułkach w podkrakowskiej Alwerni prawdziwe miasteczko filmowe. Przybyszów wita sceneria jak z "Obcego". Drzwi otwierają się bezszelestnie po akceptacji linii papilarnych ochroniarza.
— Największą niespodzianką dla nas jest wygląd tego miejsca. Czuję się jak w "Gwiezdnych wojnach" — mówi Amy Heckerling, reżyserka "Vamps", filmu współprodukowanego przez Alvernia Production, do którego siostrzana Alvernia Studios przygotowała efekty specjalne. To komedia o wampirzycach, które chcą być wiecznie młode.

Projektów nie brakuje
Ubiegły rok był pierwszym rokiem
normalnego pełnego funkcjonowania inwestycji, o której uruchomieniu "PB" napisał
jako pierwszy jeszcze w 2008 roku.
— Mamy nadzieję, że film "Vamps" będzie dla nas przepustką do rynku amerykańskiego — mówi Robert Kalinowski z Alvernia Studios.
Alvernia działa z takim rozmachem, że Polska jest dla niej za mała. Wytwórnia ma największy na świecie półokrągły bluebox (ekran do przygotowywania efektów specjalnych), najnowocześniejszy sprzęt do postprodukcji, zakupiła niedawno światowej klasy instrumenty muzyczne do sali, w której może grać 80-osobowa orkiestra. Trudno się spodziewać, by polski rynek filmowy był w stanie utrzymać projekt, gdzie koszty idą w ślad za wizją.
— Mamy na tapecie kilka, kilkanaście projektów. W większości to filmy amerykańskie. Chcemy zarabiać pieniądze, a w Europie filmy to często sztuka dla sztuki — mówi Marek Gabryjelski, 37-letni wiceprezes Alverni.
Wiceprezes to prywatnie brat Renaty Gabryjelskiej, żony Stanisława Tyczyńskiego. Podobno to dla niej krakowski ekscentryk stworzył Alvernię.

Zbieramy doświadczenia
Alvernia pochwaliła się wczoraj
kolejną produkcją — "Arbitrage", z gwiazdorską obsadą — zagrają w nim Susan
Sarandon, Richard Gere, Tim Roth i Laetitia Casta. Opowiada o magnacie
finansowym na krawędzi bankructwa.
— Przy tym filmie już nie mieliśmy problemów, by przekonać amerykańskie banki i instytucje ubezpieczeniowe, że damy radę zrealizować film. Przy pierwszej produkcji takie wątpliwości się pojawiały — mówi Marek Gabryjelski.
Alvernia również przy tym filmie weszła w koprodukcję. Na pewno pomaga to amerykańskim producentom przy podejmowaniu decyzji o przeniesieniu części prac do dalekiego miasteczka w środku Europy.
— Chcemy być pełnymi producentami filmów. Na razie wchodzimy w koprodukcje, by zebrać doświadczenia — mówi Marek Gabryjelski.
"PB" szacował w 2008 r., że Alvernia kosztowała 100 mln zł. Dziś o wielkości inwestycji nikt w Alverni nie chce mówić.
— Myślę, że osiągniemy brak-even na poziomie EBITDA w tym roku — mówi Marek Gabryjelski.
Firma utrzymuje się z efektów specjalnych do gier komputerowych, reklamówek, postprodukcji i filmów fabularnych. W ubiegłym roku maczała palce w: "Jak się pozbyć cellulitu", "Essential Killing", "Ślubach panieńskich" i bollywoodzkim "Aazaan". Na razie interesują ją filmy o budżecie mniejszym niż 15 mln USD.
— Jesteśmy trochę jak private equity. Nastawiamy się na wewnętrzną stopę
zwrotu z kapitału na poziomie 20-30 proc. rocznie — mówi Marek Gabryjelski.
