To była jedna z ciekawszych edycji siatkówki w amatorskiej lidze biznesu Let’s Go. Wyczerpujący sezon. W lidze męskiej grało aż 10 drużyn, co oznaczało po 9 meczów w rundzie zasadniczej. Drużyny sprostały wyzwaniu. Walkowerów nie było. Zresztą właśnie rozgrywki ligii męskiej wzbudzały najwięcej emocji. Jesienią dołączyły do niej dwie nowe, jak się okazało, silne drużyny: Bio Active i PZU. Druga z nich przekwalifikowała się z ligi mieszanej.
— Obie nowe grupy nie tylko zakwalifikowały się do finału, ale po rundzie zasadniczej zajmowały dwa pierwsze miejsca — mówi Rafał Winiewski, sędzia i menedżer siatkówki w lidze Let’s Go.
W meczach półfinałowych na boisku spotkały się PZU z Warsfolem oraz Bio Active z TP SA.
— Pierwszy mecz, po zaciętej grze, wygrała drużyna Warsfolu. Z kolei Bio Active nie miał większych problemów z pokonaniem TP SA — wspomina Rafał Winiewski.
W finale Bio Active — zajmujący po rundzie zasadniczej pierwsze miejsce — grał z Warsfolem. Obie drużyny grały z dużą determinacją. W pierwszych dwóch setach po obu stronach siatki widać było nerwową atmosferę. Zawodnicy popełniali sporo błędów. Pierwszego seta wygrał Warsfol. Drugiego Bio Active. W trzecim secie inicjatywę wyraźnie przejęła drużyna Warsfolu i nie oddała jej już do końca meczu.
— Warsfol był jedną z dwóch drużyn, które wygrały w rundzie zasadniczej z idącym jak burza Bio Active. W finale okazało się, że nie był to przypadek — mówi Rafał Winiewski.
Jeden z zawodników Bio Active powiedział po przegranym meczu, że wygrała drużyna, która jest lepiej poukładana… i miał chyba rację.
