Warszawska giełda będzie zagraniczna

Grzegorz Nawacki
opublikowano: 10-09-2009, 00:00

Ministerstwo skarbu odrzuca oświadczyny polskich instytucji, które ubiegają się o rękę GPW.

Trzeba oddzielić deklaracje od intencji

zainteresowanych — twierdzi Wiesław Rozłucki

Ministerstwo skarbu odrzuca oświadczyny polskich instytucji, które ubiegają się o rękę GPW.

Dla krajowych funduszy resort skarbu ma czarną polewkę. We wtorek na łamach "Pulsu Biznesu" zarządzający chórem przekonywali, że będą lepszym właścicielem dla Giełdy Papierów Wartościowych (GPW) niż giełdy z Nowego Jorku, Londynu czy Frankfurtu, które są na krótkiej liście. Argumentowali, że fundusze są zainteresowane rozwojem GPW, podczas gdy zagraniczna giełda może zminimalizować jej znaczenie na rzecz macierzystego rynku. Uważają też, że nie powinno się sprzedawać rozwijającej się spółki ze świetnymi perspektywami inwestorowi branżowemu tuż po wyjściu z bessy. Odpowiedzialnych za prywatyzację nie przekonali.

— Konkurencja na rynku kapitałowym i jego rozwój oznaczają, że zaniechanie działań polegających na wzmocnieniu GPW poprzez pozyskanie partnera branżowego mogłoby odbić się negatywnie na jej pozycji. Należy pamiętać, że sektor giełd ulega szybkiej konsolidacji przy jednoczesnym wzroście konkurencji. Procesy te wynikają m.in. z postępu technologicznego oraz zmian regulacyjnych wspierających integrację rynków finansowych. Chcielibyśmy, by inwestor strategiczny zapewnił GPW międzynarodowy rozwój, bezpieczeństwo i dostęp do najnowszych technologii — mówi Joanna Schmid, wiceminister skarbu.

Przegapiona okazja

Niektórzy eksperci do deklaracji funduszy podchodzą sceptycznie.

— Mniej więcej rok temu resort próbował uzyskać od funduszy oferty i odzew był kiepski. Choć trzeba przyznać, że zbiegło się to w czasie z upadkiem Lehman Brothers. Dlatego wcale nie jest pewne, czy fundusze zechcą kupić akcje giełdy, zwłaszcza płacąc rynkową cenę — mówi Wiesław Rozłucki, były prezes GPW.

Czy obawy o marginalizację GPW po przejęciu przez zagraniczną giełdę są uzasadnione?

— Inwestor strategiczny nie jest ani katastrofą, ani błogosławieństwem. Wszystko zależy od tego, co zaproponuje. Warto rozmawiać i wysłuchać, jaką oferenci mają wizję rozwoju GPW, która powinna stać się regionalnym centrum. Jeśli potencjalny kupiec pomoże to osiągnąć, to opłaca mu się sprzedać. Jeśli nie, to trzeba szukać innej drogi — mówi były prezes GPW.

Bez przejrzenia ofert nie chce rozstrzygać, kto byłby lepszym właścicielem.

— Nie wykluczam, że fundusze mogłyby pomóc budować regionalnego lidera, bo im jest najbliżej do warszawskiej giełdy i są zainteresowane jej rozwojem. Z kolei inwestorowi strategicznemu łatwiej pomóc w zbudowaniu światowej sieci dystrybucji — mówi Wiesław Rozłucki.

Potrzebne wyczucie

Jego zdaniem, największy problem to oddzielenie pustych obietnic od rzeczywistych zamiarów.

— Pewne jest, że każdy z potencjalnych kupców powie, że chce uczynić z GPW regionalnego lidera, bo wszyscy wiedzą, że chcemy to usłyszeć. Cała sztuka polega na tym, by wyczuć, czy to tylko deklaracje, czy rzeczywiste intencje — mówi Wiesław Rozłucki.

Jedno jest pewne — odwlekać prywatyzacji nie warto.

— Przez 18 lat funkcjonowania giełdy zawsze słyszałem, że jest zły moment na jej prywatyzację. W czasie hossy mówiono, że nie sprzedaje się kury znoszącej złote jaja, teraz — że nie sprzedaje się, gdy wyceny są niskie. I w hossie, i w bessie może być dobra propozycja i w wyniku negocjacji można uzyskać dobrą ofertę — uważa Wiesław Rozłucki.

Grzegorz Nawacki

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Grzegorz Nawacki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu