Dwie pierwsze dekady stycznia przyniosły nadzieję
na kontynuację hossy. Jednak ostatnio coraz częściej pojawiają się
spekulacje o możliwym załamaniu na giełdzie.
Na początku 2010 r. na warszawskim parkiecie panowały dobre nastroje. Inwestorzy pamiętali udany ubiegły rok, kiedy podstawowy indeks rynku WIG zyskał prawie 50 proc.
— Poziom optymizmu podniosły publikowane w tym okresie na ogół bardzo pozytywne prognozy indeksów na koniec roku — mówi Grzegorz Pułkotycki, analityk z BZ WBK.
Strach przed euro
Luty przyniósł realizację zysków z 2009 r., a inwestorzy, w obawie o kondycję finansową takich państw jak np. Grecja czy Portugalia, zaczęli się pozbywać akcji na tamtejszych giełdach.
— Wzrost fiskalnych problemów Grecji, a później pojawienie się kolejnych ognisk zapalnych w wysoko zadłużonych krajach południowej Europy wywołały kryzys zaufania do euro — komen-tuje Grzegorz Pułkotycki.
Obawy inwestorów potęgowały spekulacje na temat zaostrzania polityki monetarnej przez amerykański Fed i decyzje Ludowego Banku Chin, dążącego do ograniczania ekspansji kredytowej tamtejszych banków.
— Od początku marca nastroje wyraźnie się poprawiły, ponieważ problem zadłużonych państw przestał być uznawany za palący. Sposobem na sprzedaż kolejnych obligacji stał się przetestowany przez Grecję i Portugalię pomysł podniesienia ich rentowności o 20-30 punktów bazowych powyżej wartości rynkowej — mówi Emil Szweda, analityk z Open Finance.
W połowie marca indeksy wielu światowych giełd dotarły do szczytów hossy. Impet wzrostów stopniowo jednak słabnie, a wzrost gospodarczy na świecie jest bardzo wrażliwy na postawę konsumentów.
— Ewentualne złe dane makroekonomiczne będą równoważone informacjami dobrymi, a to nie będzie sprzyjało podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Bezpieczniej będzie inwestować w mniejsze spółki, dlatego w kolejnych miesiącach spodziewam się dalszego wzrostu siły mWIG40 i sWIG80 — uważa Mirosław Saj, analityk z DnB Nord.
Wielka niewiadoma w Warszawie
Według Mirosława Saja w najbliższym czasie na warszawskiej giełdzie będzie panował spokój, a indeksy będą się poruszały w trendzie bocznym (WIG20 2000-2500 punktów), co oznacza brak większych spadków, czy wzrostów.
Mniejszymi optymistami okazują się inni analitycy.
— Jeżeli pojawi się groźba niewypłacalności któregoś z państw, to można się spodziewać fali spadkowej na giełdach, w tym na GPW. Warszawska giełda znajduje się w o tyle mało komfortowej sytuacji, że w najbliższych miesiącach inwestorów czeka klęska urodzaju dużych ofert publicznych. Spodziewam się raczej przedłużenia okresu stagnacji i niewielkich wahań indeksów niż silnego trendu. A jeśli się on pojawi, to raczej będzie to ruch w dół niż w górę — prognozuje Emil Szweda.
Tę opinię podziela analityk BZ WBK.
— Mimo że średnioterminowy scenariusz jest raczej optymistyczny, to trendu wzrostowego należy się spodziewać dopiero w drugim półroczu. Wynika to z tego, że niektórzy uczestnicy rynku będą się koncentrowali na krótkoterminowych zagrożeniach wynikających z nadmiernego zadłużenia. Obecnie najlepiej przyjąć, że zwiększona dynamika wahań będzie miała tendencję spadkową — twierdzi Grzegorz Pułkotycki. l
Marta Walczak
