Sprawą najwyższej wagi jest włączenie osób bezrobotnych do gospodarki oraz do życia społecznego. Osoby bezrobotne, a zwłaszcza będące bez pracy w dłuższym okresie są w jakiś sposób na obrzeżach życia społecznego i gospodarczego. Często są wykluczone z tego życia. Dlatego wsparcie dla bezrobotnych powinno być czymś więcej niż świadczeniem, powinno być premią za aktywność. Zamiast środków przeciwbólowych trzeba zastosować kurację w postaci ponownego włączenia jak największej liczby ludzi bez pracy w obieg społeczny i gospodarczy. Jak? Zacznijmy na przykład płacić im za aktywność, nie za to, że pozostają bez pracy. Za różną aktywność.

Można by np. podnieść świadczenie dla bezrobotnych z 800 do 1200 zł w zamian za podjęcie nauki, szkolenia, aktywnego szukania pracy lub innej społecznej aktywności. Jeśli taka osoba się uczy, stanowi większą wartość dla społeczeństwa. Bo przecież w tym czasie nie robi różnych głupot, tylko jest mobilizowana do działania. Taka osoba może nawet czytać bajki dzieciom w przedszkolach, może ukończyć kurs szybkiego pisania albo czytania, albo zrobić prawo jazdy. I nawet, jeśli niewielki procent tych osób znajdzie sobie miejsce na rynku pracy, to ze społecznego i gospodarczego punktu widzenia byłaby to ogromna wartość przy niewielkim obciążeniu budżetu.
Obecnie wydajemy 3 mld zł na zasiłki dla bezrobotnych i stanowi to około 1 procenta budżetu. Płacąc im za to, że się uczą, wydalibyśmy nieco więcej, powiedzmy 4 mld zł, ale mielibyśmy ogromne korzyści społeczne.
Najlepiej zmodyfikować też pojęcie „absolwenta na rynku pracy”. Na rynku pracy młody człowiek powinien się bowiem poruszać zanim jeszcze będzie absolwentem. I warto przyjąć systemowe rozwiązania w tej kwestii: programy staży i praktyk, również płatnych, specjalne stypendia od firm, współpłacenie pracodawcy i państwa w szczególnych przypadkach.
Obok pracy jednym z kluczowych problemów jest demografia. Jak wskazuje zjawisko swoistej emigracji prenatalnej Polki rodzą dzieci tam gdzie mają zapewnione pewne zaspokojenie potrzeb socjalnych, a po drugie — tam gdzie jest praca dla rodziców lub przynajmniej dla jednego z nich. W tym kontekście podstawowym problemem jest też kwestia mieszkań. I to bardziej nawet dostępności (i cen) mieszkań na wynajem, niż własnych lokali na kredyt hipoteczny. Bo te ostatnie za mocno przywiązują daną rodzinę do jednego miejsca w czasie, kiedy duża mobilność zwiększa szanse na rynku pracy. Naszą szansą jest też większe otwarcie się na imigrację zza wschodniej granicy.