Inauguracja 19. konferencji stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP19), połączonej z 9. spotkaniem przeglądowym stron Protokołu z Kioto (CMP9) z pewnością nie była aktem globalnej promocji naszego kraju. A przecież taki jest jeden z głównych celów i zarazem argumentów za przyjęciem przez Polskę tej gigantycznej i kosztownej imprezy zaledwie pięć lat po COP14/CMP4 w Poznaniu.

Wieczór Narodowego Święta Niepodległości delegaci z blisko 200 państw spędzili w fortecy Stadionu Narodowego, ale przecież rozesłali do domów relacje z dziwnego kraju, w którym ostro ścierające się polityczne i społeczne hufce występują pod tymi samymi flagami i podobnymi patriotycznymi hasłami. Niestety, potwierdziła się bezmyślność wybrania przez rząd polski na rozpoczęcie szczytu akurat 11 listopada. Dla ONZ tak samo dobry byłby któryś z następnych poniedziałków (szczyty mają od lat stały układ dni tygodnia), czyli 18 listopada albo jeszcze lepiej 25 listopada.
Pierwszy dzień debat roboczych potwierdził zaś bardzo niewygodną pozycję Polski. Znajdujemy się poza drużyną najwyżej rozwiniętych państw Unii Europejskiej, które dwa tygodnie przed szczytem utworzyły grupę tzw. zielonego wzrostu gospodarczego. Trudno się nawet dziwić, że z ich delegacji wychodzą tezy, iż gospodarz COP19/CMP9 jest największym trucicielem Europy.
Rzecz jasna niesprawiedliwe i nieuwzględniające ogromnej pracy wykonanej przez Polskę dla redukcji emisji dwutlenku węgla od roku 1990. Niestety, łatka przypięta na początku będzie nas mocno uwierała przez cały okres szczytu. Zwłaszcza że na poboczu Stadionu Narodowego w ciągu najbliższych dni odbędzie się wiele spotkań towarzyszących, zdominowanych przez środowiska Zielonych, dla których każdy komin elektrowni węglowej to zabójca. A jeszcze bardziej te, które mają w Polsce stanąć…