Wersje oskarżonych

Agnieszka Zielińska, Jacek Konikowski
opublikowano: 2005-05-13 00:00

Prawie po 2 latach procesu Władysława Jamrożego postępowanie sądowe ujawnia skandaliczne błędy — biegłych i prokuratury.

Sędziowie zajmujący się sprawą byłego prezesa PZU mają wyjątkowo trudne zadanie. Zdaniem obrony, akt oskarżenia to kompromitacja prokuratury. To dość powszechna, efektowna formułka, ale tym razem przebieg procesu sądowego wydaje się to potwierdzać. Już po przesłuchaniu dwóch biegłych stało się jasne, że ich wyceny zawierają poważne błędy. Sąd zdecydował zatem, że trzeba zrobić je ponownie. Może to doprowadzić nie tylko do przerwy w procesie, ale nawet uniewinnienia Jamrożego i pozostałych oskarżonych. Czyżby prokuratura strzeliła sobie samobójczego gola?

Wrzawa i cisza

Latem 2001 r. prasa, radio i telewizja pełne były doniesień o nieprawidłowościach popełnionych przez zarząd największego polskiego ubezpieczyciela. „PZU słono przepłacił, kupując działki w całej Polsce. Jamroży nie sprawdzał rzetelnie wniosków o zakup nieruchomości. Akceptował je, choć ceny działek były wielokrotnie zawyżane i odbiegały znacznie od ich rzeczywistej wartości rynkowej” —sumowała w mediach Małgorzata Wilkosz-Śliwa, rzecznik prasowy prokuratury krajowej.

Pod koniec maja 2002 r. Jamrożego aresztowano.

— Co się wtedy działo! Błyski fleszy, policja, antyterroryści. Na przesłuchanie do prokuratury na Krakowskie Przedmieście przywieziono go skutego... — wspomina adwokat byłego szefa PZU, Witold Kabański.

Dziś, gdy proces już się rozpoczął, prokuratura prawie zamilkła, sąd też skąpi informacji. Sami tego doświadczyliśmy, cierpliwie — z dość miernym skutkiem — pukając do prokuratorskich i sądowych drzwi.

Za to chętnie o błędach prokuratury — oczywiście, że w interesie klienta — opowiadają obrońcy.

Wiadomości o procesie są już tylko zaledwie wzmiankami w gazetach. Tymczasem dopiero teraz robi się ciekawie…

Wyjątek

Tego procesu być może w ogóle by nie było, gdyby minister skarbu Aldona Kamela-Sowińska — w maju 2001 r. — nie złożyła do prokuratury doniesienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Władysława Jamrożego. Dziś nie chce rozmawiać na ten temat.

Kamela-Sowińska napisała, że „w latach 1998-2000 Jamroży naraził PZU na znaczne straty”. Akceptował zakup działek, na których miały powstać centra likwidacji szkód, a których wartość — jak oceniano — kilkakrotnie odbiegała od rynkowej wyceny.

Te same zarzuty pojawiły się w akcie oskarżenia (trafił do sądu na początku czerwca 2003 r.). Poza Jamrożym prokuratura oskarżyła w nim aż dziewięć osób. Wśród nich — wszystkich ówczesnych członków zarządu (uczestniczących w tych posiedzeniach, kiedy zapadały decyzje o zakupach działek) i dwóch pośredników, którzy wyszukiwali działki i przedstawiali zarządowi do akceptacji.

Oskarżeni to m.in.: Piotr Kowalczewski, który do dziś jest członkiem zarządu PZU, Jacek Berdyn, były członek zarządu, i Elżbieta Turkowska-Turluk, obecnie prezes Państwowego Urzędu Nadzoru nad Ubezpieczeniami.

— Ciąży na nich ten sam zarzut co na Jamrożym, ale od początku pozostają na wolności — dziwi się Kabański.

Prokuratura oskarżyła ich o to, że od sierpnia 1998 do końca 1999 r. wspólnie spowodowali szkodę (wysokości 10 mln zł) w kierowanej przez siebie firmie.

Skąd wzięła się ta suma?

— Biegli, na polecenie prokuratury wyceniający nabyte przez PZU działki, uznali, że rzeczywista wartość 14 nieruchomości (tyle działek kupiło PZU) jest dużo niższa od ceny zakupu. Prokuratorzy podsumowali różnice: wyszło im 10 mln zł — wylicza Kabański.

Wśród oskarżonych nie ma Antonio Fernando Martinsa da Costy, który w tamtym czasie — z upoważnienia Eureko zasiadał w zarządzie PZU i brał udział w niefortunnych głosowaniach. Prokuratura nie postawiła mu zarzutu i pozwoliła na wyjazd z kraju.

Dlaczego? Warszawska prokuratura apelacyjna tłumaczy się z urzędową logiką: „Prokurator wydał postanowienie o przedstawieniu zarzutów z art. 296 k.k. Antonio Fernando Martinsowi da Coscie, lecz czynności z udziałem tego podejrzanego nie zostały wykonane, gdyż nie przebywał on wówczas na terenie Polski” — napisał rzecznik prokuratury apelacyjnej w przesłanym nam oświadczeniu.

Uparci

Poza prezesem Jamrożym do aresztu trafili bracia Roman i Janusz Wilczyńscy, pośrednicy nieruchomości, którzy — w imieniu PZU — zajmowali się poszukiwaniem działek. Spędzili w nim dwa lata i siedem miesięcy. To oni dziś są głównymi bohaterami procesu.

— Przekonali sąd, że nowe wyceny są konieczne. Dzięki nim proces znajduje się w takim a nie innym miejscu — mówi mecenas Radosław Baszuk, obrońca Jacka Berdyna.

Podobnego zdania są inni adwokaci.

— Profesjonaliści! Śmiejemy się, że po zakończeniu procesu powinni zostać bez egzaminu wpisani na listę rzeczoznawców nieruchomości — twierdzi Kabański.

— Pedantyczni, profesjonalni... — wylicza ich zalety mecenas Jolanta Wolf, obrońca Wilczyńskich.

Upór Romana Wilczyńskiego nieraz ją zadziwił.

— Mówiłam mu: „Roman, popatrz, śliczna pogoda, piękne dziewczyny. Przecież masz dość więzienia... Zapłać kaucję i wrócisz do domu”. Ale on się zaciął — i dopiął swego. Nie wpłacił grosza, a kilka miesięcy później sąd zdecydował o wypuszczeniu go — wspomina pani mecenas.

— Nie zapłaciłem, bo jestem niewinny — denerwuje się Roman Wilczyński.

Jego szczupła sylwetka i pociągła twarz mimo woli przywodzą na myśl postać Jamrożego. Prokuratura również dostrzegła to niezwykłe podobieństwo — i drążyła temat.

— Nie, to nie rodzina — mówi Jolanta Wolf.

Janusz Wilczyński, z zawodu inżynier budownictwa, jest przeciwieństwem energicznego brata. Spokojny i małomówny, ale potrafi być uparty. Gdy w areszcie okazało się, że powierzchnia, na której przebywa, nie odpowiada normom, walczył, aż przeniesiono go do większej sali.

Obaj bracia pracowicie spędzili czas w areszcie.

— Pogłębiałem wiedzę o nieruchomościach, śledziłem wszystkie nowości z tej dziedziny — mówi Roman.

Gdy rozmawiamy o nieruchomościach, zapala się.

— To była ciężka codzienna praca, my się naprawdę za tymi działkami najeździliśmy...

Sprzedawcy

Działki, które Wilczyńscy wyszukiwali w imieniu i na rzecz PZU, musiały spełniać sporo kryteriów. Miały to być tzw. prestiżowe lokalizacje, w dużych miastach, z dobrym dojazdem. Najlepiej w pobliżu centrów handlowych.

— Chodziło o miejsca, umożliwiające szybkie dotarcie klientowi. Powierzchnię działek należało dostosować do wielkości miasta. Co innego działka w Opolu, a co innego — w Warszawie, gdzie liczba klientów jest przecież większa — opowiada Roman Wilczyński.

Pośrednicy dodatkowo podnieśli poprzeczkę. Kupowali nieruchomości z uregulowanym stanem prawnym, bez obciążeń hipotecznych.

— Wszystkie atrakcyjnie położone, z dogodnym dojazdem — ocenia mecenas Kobański.

— Nie tylko wyszukiwaliśmy działki, ale prowadziliśmy żmudne pertraktacje. W tym czasie cena nieruchomości często szła w górę. Sprzedawca podbijał ją, gdy orientował się, że kupnem interesuje się PZU — mówi Wilczyński.

Przykładem — według niego — nieruchomość w Opolu. Działkę chciało zbyć miasto. Rzeczoznawca wycenił nieruchomość na potrzeby przetargu na 585 tys. zł. Ale potem zarząd miasta ustalił cenę przetargową na 850 tys. zł. Taką propozycję Wilczyńscy przedłożyli zarządowi PZU — wymagała tego procedura. Zgodnie z nią, pełnomocnicy spółki zawsze posiłkowali się uchwałą zarządu. Musiał zatem wcześniej ustalić cenę, za jaką chce kupić nieruchomość.

— Mieliśmy informacje, że ceny nieruchomości komercyjnych w rejonie Opola będą rosnąć. Zarząd PZU doszedł do wniosku, iż tę działkę można kupić nawet za 2 mln zł. I na taką sumę dał nam pełnomocnictwa. Ale my złożyliśmy miastu ofertę zakupu za 900 tys. zł — mówi Wilczyński.

Co się później stało? Zarząd Opola zapoznał się z pełnomocnictwem.

— W tym momencie poinformowano nas, że musimy podnieść cenę, bo z uchwały PZU wynika, że możemy kupić działkę za wyższą sumę. Pojawiła się „groźba”: jeśli nie podniesiemy oferty, unieważnimy przetarg — opowiada pośrednik.

Wilczyńscy zdecydowali się podnieść cenę o 70 tys. — i kupili działkę za 970 tys. zł, czyli znacznie poniżej sumy granicznej w pełnomocnictwie.

— Prokuratorzy w akcie oskarżenia oparli się jednak na cenie… sprzed przetargu i ocenili, że działkę można było kupić za 585 tys. zł! Czyżby nie znali ustawy o gospodarce nieruchomościami, z której wynika, że cenę zawsze ustala właściciel? — denerwuje się Roman Wilczyński.

Według mecenasów

W areszcie bracia Wilczyńscy przestudiowali akt oskarżenia i znaleźli w nim — jak twierdzą — masę błędów. Naliczyli ich 258. Na przykład:

Błąd 1. Zarzuty postawione Wilczyńskim i zarządowi PZU wzajemnie się wykluczają.

Wilczyńskich oskarżono o oszustwo. Prokuratura zarzuciła im, że świadomie wprowadzili zarząd PZU w błąd. Proponowali zbyt wysokie ceny działek w stosunku do ich rzeczywistej wartości. Tymczasem zarząd oskarżono o celowe doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem PZU. Zdaniem obrony — to absurd.

— Jedno oskarżenie wyklucza drugie — dziwi się Kabański.

Zdaniem mecenasa Baszuka Wilczyńscy w ogóle nie powinni być oskarżeni.

— Nie podejmowali decyzji — tylko wyszukiwali działki dla PZU i przedstawiali je do zaakceptowania zarządowi — uważa Baszuk.

Błąd 2. Dokumenty, którymi dysponuje prokuratura, to kopie, bo oryginały zaginęły.

— Nie ma oryginałów wniosków inwestycyjnych. Cały akt oskarżenia sporządzono najprawdopodobniej na podstawie kopii! Nie wiemy zatem, czy dokumenty, którymi dysponuje prokuratura, to właściwe wnioski — mówi Kabański.

Jego zdaniem, posiedzenia zarządu PZU nie wyglądały tak zgodnie, jak przedstawia to prokuratura. Dochodziło do kłótni. Zarząd nie chciał podejmować decyzji większością głosów, decyzje zapadały jednomyślnie. Jeżeli co do jakiejś nieruchomości nie było pełnej zgody, to sprawa „spadała” z posiedzenia zarządu. Może prokuratura ma właśnie te odrzucone wnioski? — zastanawia się Kabański.

Podobnego zdania są Wilczyńscy. We wnioskach podpisy były tylko na końcu i na początku. W środku znajdował się tekst napisany na maszynie, który łatwo można wymienić — wskazują.

Ostatnio ten problem dostrzegł i sąd. Na posiedzeniu pod koniec kwietnia zobowiązał prokuraturę do dostarczenia oryginałów albo notarialnie poświadczonych dokumentów.

— Prokuratura dostała na to tydzień — przypomina Roman Wilczyński.

Biegli

Błąd 3. Oskarżenie opiera się na wycenach biegłych, które zawierają poważne błędy.

— W czasie jednego z przesłuchań biegła nie była w stanie powiedzieć sądowi, jaką metodę zastosowała podczas wyceny, a potem w ogóle przestała odpowiadać na pytania. Wcześniej usiłowała udowodnić, że działka w Morach pod Warszawą, gdzie salony pobudowały największe firmy samochodowe, jest nieatrakcyjna dla celów motoryzacyjnych. W efekcie sąd uznał jej operat szacunkowy — czyli wycenę — za nieprzydatny — opowiada Roman Wilczyński.

Skąd wzięły się takie pomyłki?

— Biegli, wyceniający nieruchomości zakupione przez PZU, nie byli informowani przez prokuraturę o celu ich zakupu — twierdzą Wilczyńscy.

Prokuratura się broni. W przysłanym do nas piśmie twierdzi, że biegli o wszystkim wiedzieli. Ale — zdaniem Romana Wilczyńskiego — w aktach sprawy nie ma dokumentu, który by to potwierdzał. Wynika z nich jedynie, że biegli mają ustalić wartość rynkową.

— Ta sama ziemia ma inną wartość w zależności od przeznaczenia. Inaczej wycenia się ziemię rolną, inaczej grunt, który ma charakter inwestycyjny. W tym wypadku chodziło o kupno działek na cele komercyjne — podkreśla Wilczyński.

Jego słowa potwierdza prof. Witold Werner, rzeczoznawca majątkowy.

— Brak informacji o rodzaju inwestycji uniemożliwia wiarygodną wycenę. Aby wycenić obiekt, należy go porównać co najmniej z kilkoma podobnymi nieruchomościami o takim przeznaczeniu, leżącymi w tej samej okolicy — mówi Witold Werner.

Tymczasem biegła, wyceniająca działkę w Morach pod Warszawą, porównała ją z dwiema innymi nieruchomościami oddalonymi od siebie o 10 km!

— W granicach Warszawy to kolosalna różnica! — dowodzi Wilczyński.

Jego zdaniem, żadna z działek porównywanych przez biegłych nie spełniała również kryteriów narzuconych przez PZU.

— To kardynalne błędy, które dyskwalifikują wycenę — podsumowuje prof. Werner.

Kwestia ocen

Błąd 4. Różnice w wycenach to norma. Jeżeli nawet biegli sądowi nie popełnili błędów — i tak trudno będzie udowodnić, że wartość działek zawyżono. Dlaczego? Bo wahania między wycenami sięgają od 10 do 50 proc. Zdaniem prof. Wernera, można uznać, że mieszczą się one w granicach błędu.

Co ciekawe: w przypadku zakupu nieruchomości przy ul. Puławskiej różnica między wydatkiem PZU a wyceną biegłego wyniosła mniej niż 10 proc.

— Biegły przyznał w czasie przesłuchania w sądzie, że — jego zdaniem — nie ma tu błędu i cena powinna być uznana — mówi Kabański.

Zdaniem obrońcy Jamrożego, trzeba wziąć pod uwagę ryzyko gospodarcze. Chodzi o ruch cen na rynku nieruchomości. Zdarza się przecież, że wartość działki, którą kupiliśmy, gwałtownie rośnie — i na odwrót. Takie ryzyko jest zawsze.

— Aby mój klient mógł być oskarżony, muszą istnieć znamiona poważnej szkody majątkowej. Tymczasem do dziś nie wiemy, czy do szkody rzeczywiście doszło i jakiej wysokości. Dlatego nie wiemy nawet, czy w ogóle popełniono przestępstwo — twierdzi Kabański.

Podobnego zdania jest obrońca Berdyna.

— Nawet jeżeli można było kupić działki o 10 mln taniej, nikt nie udowodnił, że obok można było znaleźć nieruchomości, które spełniałyby wszystkie kryteria PZU. Moim zdaniem, prokuratura nie jest w stanie udowodnić, że zarząd celowo zapłacił więcej — ocenia Baszuk.

Błąd 5: Bracia nigdy nie występowali jako jedyni pełnomocnicy. Ale tylko oni zostali oskarżeni.

— Przy sprzedaży zawsze był obecny także ktoś z zarządu PZU Development — mówi Roman Wilczyński.

Prokuratura nie wzięła tego pod uwagę. Do tej pory nikomu z byłych członków zarządu PZU Development nie postawiono zarzutów w tej sprawie. Dlaczego? Również i to pytanie prokuratura zostawia bez odpowiedzi.

Wilczyńscy twierdzą także, że zawsze negocjowali niższe ceny niż sumy maksymalne, widniejące w ich pełnomocnictwach.

— Obliczyliśmy, że gdybyśmy polecali PZU inwestycje po cenie sprzedających, to spółka musiałaby zapłacić… o 5 mln zł więcej! A zatem — dostawaliśmy niższe prowizje. W zasadzie poprawialiśmy zarząd PZU... Zamiast podwyższać cenę, obniżaliśmy ją. Tymczasem prokuratura oskarża nas, że świadomie oszukaliśmy zarząd PZU! — denerwuje się Roman Wilczyński.

Przed wyrokiem

W całej sprawie wciąż jest więcej pytań niż odpowiedzi. Pojawiają się też nowe wątki. Niedawno wyszło na jaw, że sprawą interesował się UOP. Waldemar Gniadkowski, były prezes PZU Development, zeznał ostatnio w sądzie, że w 2001 r. Krzysztof Kluzek, ówczesny członek zarządu PZU, naciskał na niego, aby obciążył zeznaniami Wieczerzaka i Jamrożego.

„Wymachiwał mi przed oczami teczką z napisem UOP. Groził, że zgniję w więzieniu, jeżeli nie znajdę na nich haka” — opowiadał w sądzie Gniadkowski.

W tym kontekście nowego znaczenia nabiera śledztwo, które prowadzi płocka prokuratura. Sprawdza, dlaczego Centralne Biuro Śledcze nie interesowało się nieprawidłowościami przy prywatyzacji PZU. Okazuje się, że oficerowie CBŚ alarmowali przełożonych o nieprawidłowościach już w 2001 r. Ale gen. Andrzej Rapacki — jak podała „Rzeczpospolita” w ślad za płocką prokuraturą — miał stwierdzić, że „policja nie będzie zajmować się prywatyzacją, bo należy to do kompetencji ówczesnego UOP”.

— Tymi wątkami od początku zajmował się UOP, bo odpowiadał za to ustawowo. On pilotował tę sprawę, a my nie mieliśmy wystarczających informacji, które dawałyby podstawy do wszczęcia dochodzeń w sprawach prywatyzacyjnych. Znacznie bogatszą wiedzę miały NIK i UOP. Według mnie ktoś podgrzewa atmosferę, sam ciekaw jestem kto — komentuje te doniesienia Andrzej Rapacki.

Swoją ocenę prezentują też obrońcy.

— Ten proces wywołano po to, by odwrócić uwagę mediów od nieprawidłowości wokół prywatyzacji PZU. Jeżeli nawet Jamroży ma coś na sumieniu, prokuratura i tak nie potrafi mu tego udowodnić — oceniają obrońcy.

— Niezależnie od tego, czy prawda wyjdzie na jaw, będziemy żądać od państwa odszkodowania. Nie odpuścimy też prokuratorom i biegłym. W odrębnym postępowaniu zażądamy, by odpowiedzieli za swoje czyny — grożą Wilczyńscy.

Pogróżki na wyrost?

Racja — czy tylko mistrzowska obrona? Odpowiedź być może da wyrok.

Możesz zainteresować się również: