Whisky da 140 proc., Google połowę mniej

Na trzycyfrowy wynik indeks whisky pracował 5 lat. Warto było, bo licytujący w Sopocie nie pytają tylko o nuty dębu, ale też o stopy zwrotu

Najprościej jest pokazać, że wykres nieprzerwanie rośnie, a nim inwestor się obejrzy, wartość butelki wzrośnie dwukrotnie.

Whisky — owszem — może być prawdziwie zyskowną lokatą, jednak nie każda, tylko zwykle wybrana przez grono, co do którego nie ma wątpliwości, że zna się na temacie. 140-procentowy zwrot to wynik indeksu Rare Whisky Apex 1000, a więc wskaźnika cen, który jest tak szeroki, że obejmuje notowania tysiąca butelek o najwyższym potencjale inwestycyjnym. Alphabet dał w 5 lat prawie połowę tego, ale dużo łatwiej włączyć go do koszyka, niż odtworzyć skład indeksu w barku rozmiarów gabinetu — zwłaszcza że eksperci zaśmialiby się pod nosem, słysząc o takiej strategii, skoro sprytniejsze rozwiązanie i tak czeka 3 czerwca.

Uwaga na „limited”

Zarabianie na odsprzedaży nie jest naczelnym celem, który przyświeca kolekcjonerom — i dobrze, bo rynek jest w stanie stosownie wyceniać dobra tylko w takich warunkach, w których decydującego głosu nie zabierają spekulanci. Niezależnie od pobudek, 3 czerwca będzie można skorzystać z wiedzy specjalistów, bo tego dnia w Sopocie odbędzie się festiwal Whisky Live z licytacją i szkoleniem, jak na tym rynku zarobić. Na Pomorzu wydarzenie będzie nowością, ale trzeba zaznaczyć, że od 2000 r. odbywa się już w różnych metropoliach — od Tokio i Hongkongu po Paryż i Nowy Jork — a od trzech lat kolekcjonerzy spotykają się również w Warszawie. Tym razem przy sopockim molo zlicytowana zostanie zupełnie niedostępna w Polsce 31-letnia Craigellachie, która podczas tegorocznych World Whiskies Awards zdobyła tytuł najlepszej whisky typu Single Malt na świecie. Czy to tak, jakby na rozwijający się lokalny rynek sztuki trafić miał olejny Basquiat, a kolekcjonerzy byliby na niego gotowi?

— Polski rynek kolekcjonerski ma się coraz lepiej. Znikające zaraz po ukazaniu się limitowane, unikatowe edycje nakręcają spiralę, a social media ułatwiają dostęp do informacji wszystkim zainteresowanym. Oczywiście producenci dostrzegli ten trend, stąd co chwila pojawiają się nowe edycje, zwane limitowanymi, jednak nie wszystko złoto, co się świeci. Są wersje określone jako „limited”, które można wstawić do barku jako ciekawostkę, i takie, które po latach dadzą znaczący zwrot. Nie ma prostej reguły, szczególnie dla początkujących, którą butelkę warto kupić, a którą można sobie darować — komentuje Jarosław Buss, organizator festiwalu.

Porównuje on umiejętności czytania rynku whisky do tych potrzebnych na co dzień grającym na giełdzie. Podobnie jest więc nawet na rynku sztuki, tyle że w porównaniu z obrazem Basquiata alkohol ma istotną przewagę: chcąc inwestować, nie trzeba wydawać majątku na całą beczkę — tak jak na płótno, po którym nastałaby żałoba, jakby znalazło się w kawałkach.

Degustujemy za 300 mln zł

Zdaniem eksperta, o tym, że ta forma kolekcjonowania czy inwestowania na dobre zagościła w Polsce, świadczy chociażby to, że przy niektórych nowych edycjach whisky w całości potrafi zostać wyprzedana, zanim towar w ogóle pojawi się w kraju. Nie rozróżniając trunków z potencjałem wzrostu wartości od tych, którymi można częstować gości bez alternatywnych kosztów, stoimy w dodatku przed coraz szerszym wyborem.

Jak podaje International Wine & Spirits Research, destylarni posiadających licencję na produkcję szkockiej whisky jest obecnie 117, a roczny eksport trunku z regionu szacowany jest na 98 mln skrzynek. W ubiegłym roku nad Wisłę trafiło 28 mln z tych butelek, a razem kosztowały 62,5 mln GBP (301 mln zł) — co świadczy w pewnym sensie też o rynku kolekcjonerskim, chociaż nie wprost. Żeby można było oczekiwać wzrostu wartości, należy się kierować rekomendacjami ekspertów, niską podażą, międzynarodowymi wyróżnieniami, a nie tylko udekorowanym pudełkiem z blaszką „limited edition” i gołosłowną obietnicą zarobku.

Jak zaznacza Jarosław Buss, tym ostatnim nie do końca kieruje się prawdziwy kolekcjoner, ale bardziej inwestor, którego nie cieszy kompletowanie poszczególnych butelek, całych serii, w końcu wszystkich edycji konkretnej destylarni. — Znam i jednych, i drugich, każdym z nich kierują odmienne pobudki. Oczywiście zdarzają się transakcje sprzedaży całych kolekcji, jednak pozostanę przy opinii, że prawdziwy kolekcjoner, bez względu na to, czy zbiera znaczki pocztowe, chińską porcelanę, obrazy czy butelki whisky, bardziej kieruje się chęcią posiadania niż szybkiej odsprzedaży z zyskiem. Są również tacy kolekcjonerzy, którzy zamawiają, jeśli jest szansa, po dwie butelki z rodzaju, jedna do kolekcji, druga do degustacji — dodaje Jarosław Buss.

Ci, którzy powoli zaczynali przeglądać się w portrecie bezrefleksyjnego spekulanta, mogą więc odetchnąć — połowę zamówień zrealizuje ukryty w nich koneser, połowę rekin.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Whisky da 140 proc., Google połowę mniej