Wiadomo, że posłowie myślą tylko o jednym...

Jacek Zalewski
opublikowano: 2005-01-06 00:00

...ale wcale nie o tym, przed czym matki przestrzegają dorastające córki w odniesieniu do chłopców. Co prawda podczas wczorajszej debaty nad wyborem marszałka Sejmu wątek obyczajowy zaistniał — za sprawą wicemarszałka Józefa Zycha, który odważnie zadeklarował „nie po raz pierwszy staje mi...” — jednak generalnie posłowie (termin ten obejmuje w tym wypadku całą izbę, a nie tylko płeć męską) mają mózgi wręcz przeżarte myślami o reelekcji.

Dotychczas zaledwie jeden zadeklarował, iż wybór na kolejną kadencję już go nie interesuje — i właśnie on został marszałkiem Sejmu. Wyniki głosowania warto odnotować: głosujących 444, wymagana większość bezwzględna 223, Włodzimierz Cimoszewicz 223, Józef Zych 219, na żadnego kandydata 2. W dziejach III RP trafiło się już głosowanie identyczne liczbowo, ale o nieporównanie ważniejszych następstwach — w roku 1993 rząd Hanny Suchockiej otrzymał wotum nieufności również 223 głosami, przy większości bezwzględnej 223. Przy okazji warto też wspomnieć rok 1989 i wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta PRL — w Zgromadzeniu Narodowym uzyskał 270 głosów, wymagana większość wynosiła zaś 269.

Bezpośrednio po wyborze marszałek Cimoszewicz zadeklarował, iż jego najważniejszym zadaniem jest dokonanie selekcji projektów ustaw i wybranie tych, które dla dobra państwa powinny zostać uchwalone do końca kadencji — niezależnie od tego, czy wybory odbędą się już 19 czerwca, czy planowo 25 września. Jednak deklaruje się łatwo, a wykonuje trudno. Tak jak to było w końcówkach poprzednich kadencji parlamentu, trwa już dziki wyścig jeszcze dzikszych inicjatyw legislacyjnych. Najgroźniejsze są oczywiście te najbardziej pupulistyczne, obliczone na uzyskanie przychylności elektoratów poszczególnych partii, za to rozkładające finanse publiczne. Jeśli Włodzimierzowi Cimoszewiczowi uda się jakoś to bezhołowie okiełznać — jego wybór opłaci się Polsce, a nie tylko samemu Sojuszowi Lewicy Demokratycznej.