Wiecznie wczorajsi pozostaną marginesem

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-09-28 00:00

Niemcy są zdecydowanie największym partnerem gospodarczym Polski i chociaż ich udział w całości naszych obrotów ostatnio minimalnie spadł — zachowują status unijnego Wielkiego Brata. Polski eksport (od 1 maja termin ten jest już nieaktualny, ale statystyka nadal się nim posługuje) w ciągu siedmiu miesięcy 2004 r. wyniósł 10,08 mld EUR (czyli 12,44 mld USD), import zaś — 9,81 mld EUR (12,09 mld USD). Cały czas utrzymujemy się na lekkim plusie, co stanowi chlubny wyjątek w generalnym deficycie obrotów handlowych Polski z całym światem.

Podczas wczorajszych rozmów w Berlinie premier Marek Belka i kanclerz federalny Gerhard Schröder starali się skoncentrować na wątkach dwustronnej współpracy gospodarczej, konstruowaniu budżetu Unii Europejskiej na lata 2007-13 oraz tzw. średnioterminowym przeglądzie wykonywania strategii lizbońskiej. Jednak w odbiorze społecznym na plan pierwszy wysunął się nabrzmiewający od miesięcy temat rozliczeń wojennych. Wyłączną odpowiedzialność za przywołanie owych koszmarów z przeszłości ponosi strona niemiecka. Od roku 1989 w obu naszych krajach wykonana została naprawdę ogromna praca nad budową „mostów do przyszłości” — że przywołam hasło pawilonu gospodarzy z EXPO 2000 w Hanowerze. Dorobek minionych 15 lat pozostaje wartością trwałą, przemiany — zwłaszcza w obszarze gospodarki — są już nieodwracalne, ale jednak zbyt łatwo atmosferę udało się zepsuć Związkowi Wypędzonych (BdV) pod przewodem Eriki Steinbach oraz Pruskiemu Powiernictwu kierowanemu przez Rudiego Pawelkę. Mityczni liderzy ziomkostw, Herbert Hupka i Herbert Czaja, doczekali się godnych następców.

Wczoraj kanclerz Schröder usilnie podkreślał, że w Niemczech wszystkie poważne siły polityczne traktują roszczenia „wiecznie wczorajszych” przesiedleńców jako folklor i margines. Jednak z drugiej strony — równie stanowczo wykluczył przejęcie przez rząd federalny odpowiedzialności finansowej za owe roszczenia, właśnie z powodu ich... nieuznawania. I tak kółko dwuznaczności się zamyka. Notabene niemiecka doktryna konstytucyjna do tej pory uznaje zasadność żądań BdV. Jedynym rozwiązaniem trwałym byłaby jej radykalna zmiana i zaakceptowanie przez RFN konieczności wewnętrznego uregulowania problemu roszczeń.

W świetle stanowiska rządu Niemiec, niedawna uchwała Sejmu w sprawie wyegzekwowania należnych Polsce reparacji wojennych jawi się całkowitą abstrakcją i akademickim przykładem chciejstwa. Liczący na to, że Marek Belka przynajmniej przedstawi w Berlinie postulaty naszego parlamentu i wycofa się dopiero po trafieniu na mur gospodarzy, musieli się rozczarować. Premier określił sejmową uchwałę „nieszczęśliwą” i zarzucił jej „skrajną nieodpowiedzialność”, zwłaszcza w szerszym kontekście unijnym.

Dorobkiem wczorajszych rozmów jest usankcjonowanie działalności zespołu prawników, którzy będą wspólnie występować przed narodowymi i międzynarodowymi sądami przeciwko roszczeniom odszkodowawczym obywateli — na razie niemieckich, a kiedyś być może i polskich. Jest to rozwiązanie awaryjne, porównywalne z zaplombowaniem dziury w zębie bez borowania.