Pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada jest w USA dniem wielkiej kumulacji powszechnych głosowań – najróżniejszych wyborów oraz referendów. Notabene przepis o poniedziałku wyklucza głosowanie 1 listopada, jeśli akurat wtedy trafia się wtorek, to ogólnonarodowy dzień przy urnach automatycznie przesuwa się na 8 listopada. Świat oczywiście elektryzuje co cztery przestępne lata listopadowa elekcja prezydencka – od zaprzysiężenia Donalda Trumpa okazało się, że bardzo zasadnie – która jest tylko wierzchołkiem ogromnej piramidy masy głosowań. Dla obywateli USA wcale nie mniej ważne są tzw. wybory połówkowe w parzystych latach nieprzestępnych, w których wyłaniana jest cała federalna Izba Reprezentantów (jej kadencja trwa tylko dwa lata) oraz jedna trzecia Senatu, zaś na poziomie stanów, hrabstw oraz miast/gmin – tysiące decydentów znacznie w praktyce ważniejszych.
W roku nieparzystym listopadowy wtorek prezentuje się liczebnie znacznie skromniej, ale oczywiście funkcjonuje. 4 listopada 2025 r. wśród głosowań stanowych i lokalnych odbyło się tylko kilka z wizerunkowo-politycznym znaczeniem ogólnoamerykańskim. Wyniki wszystkich miały fatalny wydźwięk dla Donalda Trumpa, zakłócając mu triumfalny narcyzm w pierwszą rocznicę jego pewnego zwycięstwa prezydenckiego z 5 listopada 2024 r. Realnie nic się jednak nie zmieniło, ponieważ głosowały akurat stany ze zdecydowaną przewagą Partii Demokratycznej. Bezproblemowe zdobycie przez jej kandydatów stanowisk gubernatorów New Jersey i Wirginii było oczywistością, rok temu głosy elektorskie z tych obu stanów przejęła przecież Kamala Harris. Podobnym pewnikiem był referendalny sukces opcji demokratycznej w dwóch biegunowo różnych stanach, maleńkim Maine nad Atlantykiem i potężnej ludnościowo Kalifornii nad Pacyfikiem. Szczególne znaczenie miało głosowanie kalifornijskie, ponieważ mieszkańcy zatwierdzili nową siatkę 52 stanowych okręgów do federalnej Izby Reprezentantów, która przeciągnie kilka mandatów na stronę demokratów. Była to odpowiedź na odwrotne grzebanie republikanów w Teksasie w kształcie tamtejszych 38 okręgów. Triumfujący Gavin Newsom, gubernator Kalifornii, wysuwa się na czoło amerykańskiego ruchu oporu przeciwko decyzyjnym absurdom Donalda Trumpa i staje się naturalnym kandydatem Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 2028 r.
Największym szokiem dla prezydenta USA były oczywiście wyniki wtorkowych bezpośrednich wyborów burmistrza Nowego Jorku. Zgodnie z sondażami wygrał zaledwie 34-letni Zohran Mamdani, lewicowy muzułmański imigrant z Ugandy, obywatel USA dopiero od siedmiu lat, który pokonał procentowo 50,4 do 41,6 byłego gubernatora Andrewa Cuomo. Notabene obaj walczyli o nominację Partii Demokratycznej, ale Mamdani ją zdobył, zatem Cuomo – który w 2021 r. ustąpił ze stanowiska gubernatora po wybuchu skandalu obyczajowego – wystartował jako kandydat… niezależny. Wobec braku jakiegokolwiek sensownego kandydata Partii Republikańskiej otrzymał poparcie Donalda Trumpa jako znacznie mniejsze zło. Reakcje nowojorskiej finansjery na wynik prezentujemy w tekście „Najgorszy koszmar Trumpa”.
Prezydent USA od razu w środę zintensyfikował odwetowe groźby wobec jego macierzystej metropolii. Obejmują one różne posunięcia, od wysłania Gwardii Narodowej na ulice po radykalne przycięcie funduszy federalnych. Martwiąc się o losy mieszkańców dobrze mi znanego Wielkiego Jabłka podnoszę argument ku przebłaganiu właściciela Trump Tower przy Piątej Alei. Bardzo pouczająca jest analiza wyników nowojorskich wyborów z dokładnością do pojedynczej komisji obwodowej. Rozkład poparcia Mamdani/Cuomo dokładnie pokrywa się z mapą zamożności mieszkańców. Lewicowy muzułmanin wygrał w czterech dzielnicach, zaś chrześcijański były gubernator bardzo wyraźnie w nadatlantyckiej wypasionej Staten Island. Co się zaś tyczy Manhattanu, to przeważył oczywiście plebejski Harlem. Cały obszar między Piątą Aleją a Rzeką Wschodnią, biznesowe serce globu bliskie twierdzy Donalda Trumpa, głosował oczywiście bardzo zdeterminowany zgodnie z jego rozkazem.

