Wieloletni budżet ma wyraźnego pecha

Jacek Zalewski
opublikowano: 2005-12-06 00:00

Batalia o plan finansowy Unii Europejskiej na lata 2007-13 przypomina stary dowcip: „Pożycz stówę”, „Nie mogę, bo mam tylko pięćdziesiąt”, „No, to pożycz pięćdziesiąt, a pięćdziesiąt będziesz mi winien”. Wszystko zależy od punktu odniesienia — i zgodnie z tą maksymą postępuje premier Tony Blair. Dla uzasadnienia cięć budżetowych w stosunku do propozycji Luksemburga z czerwca br. gotów jest zrezygnować z części słynnego rabatu brytyjskiego, czyli w kategoriach względnych... podnieść własną składkę.

Budżetowy konflikt jest dowodem generalnej niesprawności mechanizmów funkcjonowania UE. Jej najważniejszym organem decyzyjnym jest przecież nie Komisja i nie Parlament, lecz Rada Europejska — czyli cykliczny szczyt szefów państw i rządów. Wbrew zasadom organizacji i zarządzania ukształtował się obyczaj, iż decyzje podejmowane na długie lata zależą od tego, kto akurat przez pół roku stoi przy sterze UE. Trzy lata temu mieliśmy fart, że finisz negocjacji akcesyjnych trafił na prezydencję duńską. Gdyby nie kreatywny premier Anders Fogh Rasmussen — Unia nie zostałaby w ogóle rozszerzona, a w każdym razie nie w roku 2004. Lepiej nie myśleć, jak z takim zadaniem poradziłaby sobie np. prezydencja włoska...

Teraz na decyzji o porównywalnej wadze, dotyczącej samego sensu istnienia wspólnoty, kładzie się cieniem mentalność brytyjska. Do premiera Blaira nawet nie można mieć o to pretensji, ponieważ on tylko kontynuuje ukształtowaną przez wieki linię polityczną Zjednoczonego Królestwa wobec kontynentalnej Europy. No cóż, jeśli 15-16 grudnia na brukselskim szczycie wieloletnie porozumienie budżetowe nie zostanie osiągnięte, to cała nadzieja w przyszłorocznych prezydencjach pragmatyków o stosunkowo niedługim stażu w Unii Europejskiej — Austriaków, a po nich Finów.