Wino ustawą pisane

Karol Jedliński
opublikowano: 2008-07-24 00:00

Polskie wino ma ambicje, nie ma klimatu. Jeśli więc wkroczy na salony, to raczej chwiejnym krokiem.

Nazajutrz po uchwaleniu przez Sejm tzw. ustawy winiarskiej media nie miały wątpliwości. Radość mieszała się z niecierpliwością podniebienia. „Polska krajem winem płynącym” — skonstatował nawet jeden z tytułów prasowych.

Wino z polskich winnic można sprzedawać od dawna. Jednak dotychczas winiarstwa nie traktowano jako działalności rolniczej. Producenci szlachetnego trunku musieli m.in. prowadzić składy podatkowe.

— To jest prawny przełom, dzięki któremu rozwinie się polskie winiarstwo — uważa Roman Myśliwiec, w kwestiach związanych z winoroślą człowiek instytucja.

Od ponad 20 lat produkuje trunki, hoduje nowe odmiany winnych krzewów, wydaje książki. Przy tym niektórzy uważają trunki od Romana Myśliwca, zwanego skromnie polskim Dionizosem, za co najwyżej przeciętne. Polska szybko winem nie stanie, bo od samego prawa wino nie staje się lepsze.

— Przeszkodą ku temu, by polskie wino mogło spokojnie stać na półkach z tymi znad Renu, jest nie tylko klimat. Wina trzeba się uczyć całkiem długo i cierpliwie, do tego warto inwestować w dobrą technologię, która pozwala wydobyć zalety winogron — uważa Grzegorz Jach, dyrektor marketingu w Centrum Wina.

Chatynka hi-tech

Spotykamy się w firmowym sklepie Centrum Wina. Setki butelek w cenach od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Z całego niemal świata. Niemal, brakuje tych made in Poland. Najbliższe polskie wino, tyle że jabola, można kupić w pobliskim spożywczaku. Grzegorz Jach próbował jednak ambitnych win znad Wisły.

— Wciąż mają wady, są na przykład zbyt utlenione. Pośród kilkudziesięciu win, jakie smakowałem na konwencie winiarzy w Zielonej Górze, było zaledwie kilka, które można uznać za poprawne. Choć aby wydać całościową ocenę, trzeba by spróbować paru roczników.

Kontrolowanie procesu fermentacji nie odbywa się dziś według wiedzy przekazywanej z dziada pradziada. Obrazki ceglanych chatynek zagubionych wśród winogronowych pól to marketingowe bajery. W centrum winnicy mającej rynkowe ambicje są komputery i mechaniczne, nierdzewne kadzie. Kwasowość grona nie kontroluje się językiem, ale elektronicznym cackiem.

— Technologia daje szanse na produkowanie dobrych roczników, rok do roku — zaznacza Grzegorz Jach.

Od czterech lat pracuje na swoją pierwszą butelkę porządnego trunku. Wtedy właśnie w podwarszawskim Złotokłosie założył niewielką winnicę. Na zeszły rok planował pierwsze większe zbiory, jednak majowe przymrozki spowodowały, że zebrał niewiele. Wystarczyło na całe 1,5 litra napitku z ocalałych owoców odmiany rondo.

— Trochę frustrujący przypadek. Potwierdza przy tym starą prawdę, że wino wymaga cierpliwości i pracowitości. Poza tym mój pierwszy trunek nie jest zbyt wybitny, chyba nie poleciłbym go nikomu — przyznaje otwarcie.

W tym roku, na razie, pogoda dopisuje. Owoce pęcznieją, a głowa Grzegorza Jacha aż puchnie od winiarskiej wiedzy. Z racji swojego zajęcia korzysta z wiedzy zagranicznych producentów. Poza tym pochłania anglojęzyczną literaturę. Wina można się uczyć niemal w nieskończoność. Będą jego trunki w sklepach?

— Może kiedyś. Jednak na pewno nie z winnicy Złotokłos. Tam jest pole doświadczalne, sprawdzam, jak zachowują się poszczególne gatunki w klimacie i glebie Mazowsza — opowiada dyrektor marketingu w Centrum Wina.

Barbarzyńskie zwyczaje

Co roku sprzedaż wina w Polsce rośnie o 20-25 proc. Nie każdy je kupujący ma wybitny smak. Niektórym wystarczy dobra jakość wsparta świetnym marketingiem.

— Chile 20 lat temu było winiarską czarną dziurą. A dziś podbija coraz to nowe rynki — przypomina Grzegorz Jach.

Polska, ze swoją setką winnic o łącznej powierzchni 300 ha, jest przy Chile jak grono przy kadzi. A wino to nie tylko zyski, lecz również kultura. „Wino dostarcza słów” mówi łacińska sentencja. Ponoć leczy też barbarzyństwo.

— Dopiero wielkie kultury antyczne potrafiły założyć potężne winnice. Barbarzyńcom niespecjalnie szło, nie umieli odczekać paru sezonów pielęgnacji krzewu, nim wydał owoce — podkreśla prof. Aleksander Bursche z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Jego spotkanie z winnicą było naturalną sprawą. Już jako kilkuletni chłopak uczestniczył w winobraniach w podwarszawskich Chyliczkach. Tam dziadek, znany przedwojenny prawnik, wybudował letnią rezydencję z okazałym ogrodem. Dziś dom, jak i zieleń po wielu historycznych zakrętach nadgryzł ząb czasu. Jedyne, co niezmienne, to winnica. Tak jak 80 lat temu, na lekko pochylonym na południe stoku w stronę pobliskiej rzeki Jeziorki dojrzewają winogrona odmiany wziętej ze szlachetnego cabernet. Przyjechały przed niemal wiekiem z ówczesnego Grünberga, dziś zwanego Zieloną Górą. Te owoce lubią słoneczny wrzesień.

Kinga bez kompleksów

W dobrym roku winnica ChČteau Chyliczki może wyprodukować 200-250 litrów wina. Wszystko tradycyjnymi metodami.

— Mam jeszcze trochę przedwojennych narzędzi, czytam literaturę, ale tu się ambicją nie unoszę. Dobrą wiedzę mam raczej o produktach winiarskich niż o produkcji. Nie używam elektroniki, nie dodaję siarczanów — mówi prof. Bursche.

Co nie znaczy, że winnica nie chce produkować win co najmniej dobrych.

— Winnica ChČteau Chyliczki miała swojego mentora Julesa Steinhausa. Brat matki, Belg, był wybitnym amatorem i znawcą wina. Wuj został naszym głównym konsultantem, kiperem, pomagał w kształtowaniu charakteru trunku — wspomina właściciel winnicy.

Zaznacza, że nie uważa wina z Chyliczek za wybitne. Ma ono jednak swój smak, za którym niejeden zatęskni. Świetny materiał na zimowy grzaniec, najlepiej jednak smakuje na miejscu.

— To już taki charakter win z tego rejonu Europy. Frankovka, wywieziona za Morawy zaczyna zalatywać kwasem — śmieje się prof. Bursche.

W zeszłym roku plony zniszczyły przymrozki, w tym roku są żarłoczne szpaki rodem ze wschodniej Europy. Dobry winiarz drży i myśli o winnicy niemal nieustannie. Przycina, przesadza, odmładza, podwiązuje, buduje stelaże. Niemcy rozbijają gradowe chmury i okadzają winnice przed przymrozkami. Tam to jest biznes. Tu — raczej rodzinna tradycja.

— Polskie wino na stołach Europy? Jest parę kandydatów, warto zwrócić uwagę na białe wina z winnicy Kinga z okolic Zielonej Góry — przekonuje prof. Aleksander Bursche.

Wygląda na to, że czasy barbarzyństwa nad Wisłą już minęły. Choć ta w drugi Ren pewnie szybko się nie zamieni. Aby sprzedawać klasowe polskie wino, trzeba będzie wkupić się w łaski dystrybutora, wydać dziesiątki tysięcy euro na technologię, współpracować z izbą celną. Działać nie tylko romantycznie, ale też pragmatycznie. n

Czym świętować

Sukces polskiego winiarstwa, a nawet otworzenie ku niemu furtki, wart jest toastu z dobrym trunkiem. Polecić można szampan Perrier-Jouet. Piękna butelka z ręcznie grawerowanymi zdobieniami robi wrażenie. Producent, francuski Pernod-Ricard, wie, jak przyciągnąć klientelę. Cena iście szampańska: 50 tys. euro za zestaw 12 butelek. Najlepszego!

Pożytki z picia

Zielona Góra powszechnie uznawana jest za polskie zagłębie wina i winnic. Pierwsza wzmianka o hodowanych w Winnym Grodzie winogronach pochodzi z 1314 roku. Wiadomo też, że początkowo winną latorośl uprawiali zakonnicy. Oficjalnym, miejskim świętem Winobranie stało się w roku 1852, co urzędowo ogłosił magistrat. Co roku turystów po Zielonej Górze oprowadza bóg wina Bachus wraz ze swoją świtą. Przyjezdni goście mogą też udać się na jedno z teatralnych przedstawień w czasie Winobraniowych Spotkań Teatralnych. Ponadto co roku odbywa się Winobraniowy Turniej Żużlowy, zloty motocyklistów oraz bębniarzy. Podobno to właśnie wino przyczyniło się do powstania innego zielonogórskiego zagłębia — kabaretowego.

Nim wypijesz, policz:

160

tys. dol. Tyle w 1985 r. prywatny nabywca zapłacił za butelkę wina Chateau Lafite z 1787 r.

1,5

roku Tyle jeszcze przyjdzie nam czekać na pierwsze dobre wino z polskich winnic, zrobione z tegorocznych zbiorów.

45

zł Średnio nawet tyle może kosztować butelka dobrej klasy wina made in Poland.

Toskania po polsku

Mniejszych lub większych winnic w Polsce jest trochę ponad sto. Dla wielu wzorcową i najbardziej znaną jest winnica Golesz, należąca do Romana Myśliwca. Golesz działa od 1982 r. Jej właściciel był głównym lobbystą w sprawie zmiany przepisów dotyczących niewielkich winnic. Ze zmiany prawa ucieszą się też na pewno właściciele winnicy w Miękini pod Środą Śląską. Państwo Jaworek mają tam około 30 ha upraw winorośli. Podobnej wielkości jest winnica Mierzęcin w Wielkopolsce. Uprawiane są tam takie odmiany, jak m.in. Regent, Rondo, Pinot Noir, Pinot Gris czy Seyval Blanc. Polskie wino nie kończy się jednak na zachodnich rubieżach. Nieopodal Suwałk, swoją pasję realizuje archeolog Jerzy Siemiaszko z winnicy Villa Nova

Karol Jedliński