Winterthur ma kłopoty

Łukasz Świerżewski
opublikowano: 2001-03-15 00:00

Winterthur ma kłopoty

W rankingu życiowych towarzystw spółka spadła w 2000 r. z 5. na 7. miejsce

Wprowadzenie nowego systemu rozliczeń z agentami, kierownikami zespołów i dyrektorami wprowadziło chaos w sieci sprzedaży Towarzystwa Ubezpieczeniowego Winterthur Życie. Spółce gwałtownie zmniejszył się przypis składki i w rankingu życiowych towarzystw spadła z piątej na siódmą pozycję. Sytuację będzie musiał naprawić Ireneusz Łuszczewski, nowy szef grupy Winterthur w Polsce.

Towarzystwo Ubezpieczeniowe Winterthur Życie już od kilku miesięcy boryka się z częstymi zmianami osób zarządzających spółką. Oficjalnie na stanowisku prezesa pozostaje Bernard Retali. W rzeczywistości od początku grudnia nie ma go w kraju. Jego obowiązki przejął na początku Franz Fuchs, przewodniczący rady nadzorczej. Szybko zmienił on jednak miejsce pracy, a rządy w Winterthurze przejął Peter Hoefinger. Ten jednak również zmienia miejsce zatrudnienia. Nadzór nad towarzystwem objął więc Ireneusz Łuszczewski, równocześnie prezes Winterthur PTE.

— Grupę Winterthur w Polsce reprezentuje Ireneusz Łuszczewski. Funkcję prezesa życiowego towarzystwa pełni Bernard Retali — zapewnia Agnieszka Małkiewicz, rzecznik TU Winterthur Życie.

Dyrektor agentem

Najpoważniejszym problemem Winterthura jest obecnie gwałtowny spadek sprzedaży polis. Spółka szczególnie mocno odczuła zastój na życiowym rynku, który trwa już od końca 2000 roku. Chcąc zapobiec spadkowi sprzedaży, towarzystwa ubezpieczeniowe rozpoczęły podkupywanie najlepszych agentów, menedżerów i dyrektorów oddziałów, oferując im bardzo atrakcyjne warunki. W tym samym czasie Winterthur zdecydował się na zmianę umów swoim sprzedawcom. Celem było obniżenie kosztów działania sieci sprzedaży. Wprowadzono system inkaso, w którym agenci i ich szefowie otrzymują prowizję rozłożoną w czasie, wraz z wpływem składek płaconych przez ubezpieczonego. Wcześniej była ona płacona w całości z góry.

Nową umowę wprowadzono obligatoryjnie, nie dając współpracownikom nawet czasu na zastanowienie. W rezultacie trwa szybki odpływ agentów do konkurencji. Jaskrawym przykładem nastrojów panujących w sieci sprzedaży spółki jest przejście jednego z dyrektorów oddziałów w Winterthur na stanowisko agenta do Nationale-Nederlanden.

Odejście wielu najlepszych agentów spowodowało kilkakrotny spadek miesięcznego przypisu składki w towarzystwie. W rezultacie firma, która jeszcze na koniec trzeciego kwartału 2000 roku chwaliła się piątym miejscem na rynku i osiągnęła przypis składki 75 mln zł, na koniec roku spadła na siódmą pozycję. W ciągu ostatniego kwartału tylko o 10 mln zł zwiększyła przypis składki.

Martwe polisy

Poważnym obciążeniem dla niedawno powstałych towarzystw życiowych jest duża liczba tzw. lapsów, czyli polis, które zostały zawarte, ale klienci nie opłacają składki. Spółki, które nie zbudowały szybko sprawnego systemu informatycznego, nie wyłapują szybko pustych umów i agenci otrzymują za nie prowizje. Winterthur długo nie mógł sobie z tym poradzić. W końcu w drugiej połowie roku wprowadzono sprawniejszy system informatyczny. Dzięki temu przed świętami Bożego Narodzenia agenci musieli zwrócić prowizje z nie opłacanych polis. Wynosiły one niejednokrotnie kilka tysięcy złotych. Pogorszyło to i tak nie najlepsze nastroje w spółce.

Ambitne plany

W listopadzie 2000 roku Bernard Retali zapowiadał, że w 2001 roku towarzystwo ma zamiar zebrać 150 mln zł składki i utrzymać piąte miejsce na rynku, a za dwa kolejne lata miało już przynosić zyski.

Przyrost składki w 2000 roku sięgnął jednak tylko 85 mln zł. Spółka spadła z 5 na 7 miejsce w rankingu życiowych towarzystw. Strata sięgnęła 28 mln zł. Kłopoty z siecią sprzedaży i prognozy na przyszły rok, zgodnie z którymi koszty administracyjne wyniosą w 2001 roku 117 mln zł, a strata techniczna wyniesie 30 mln zł, wskazują także, że cele te będzie trudno osiągnąć.