Wirtualne reguły

Karol Jedliński
opublikowano: 2007-12-05 00:00

Wiszący sklep, gdzie kolejki nie spotkasz, a kasa się nie zatnie. Wisi w sieci, bo na zapleczu ma 100 MB z Poznania.

Sklep internetowy jest wirtualny, co nie znaczy, że nie grozi mu realna klapa. W zeszłym roku 3,3 mln Polaków zrobiło zakupy w sieci. Każdemu z nich wygląd sklepu może się nie podobać, zdjęcia mogą się nie ładować, a system może odmówić autoryzacji karty. Źle zaprojektowany odstrasza wyglądem niczym gees. Dlatego ci, którzy robią dobry software do sklepów internetowych, są w cenie niczym sprawna ciężarówka dla firmy przewozowej.

To mechanizm maszynki do zarabiania pieniędzy. Handel w sieci wart jest kilka miliardów złotych, ma kilkuprocentowy udział w całości handlu w Polsce. Walcząc o jak największy kąsek z tego rynku, niemalże co trzeci z około siedmiu tysięcy rodzimych sklepów internetowych w Polsce korzysta z oprogramowania poznańskiej firmy Sote.

— Zaczynaliśmy w 1999 r., akurat jak pękła bańka internetowa. Paradoksalnie, to nie był zły pomysł — uważa Marek Jakubowicz, szefujący Sote wraz z żoną Bożeną.

Oboje są młodzi, jakżeby inaczej, w końcu starsi załapali się co najwyżej na magnetowidy. A ich dzieci rozkładały wtedy na części pierwsze siermiężne atari. Dziś 33-letni Marek Jakubowicz, z wykształcenia informatyk, przekonuje, że nie trzeba opowieści o dolinie krzemowej , żeby w Polsce brylować w nowych technologiach.

— Dobrzy programiści są w każdym kraju. Pytanie tylko, na czyjej liście płac — uważa.

Załamanie rynku w końcu wieku nijak się miało do kondycji firmy. Z banalnego powodu: nie byli wtedy potentatami w branży. Sprzedawali ledwie po kilka licencji miesięcznie na oprogramowanie Soteesklep.

— Od początku byliśmy rentowni — zaznacza Bożena Jakubowicz.

Siedem książek

Nic dziwnego. W końcu jej mąż sam pisał oprogramowanie, bite kilka miesięcy. A że program to nie skrzynka pomarańczy, po słabszym tygodniu nie było paniki, że się zdezaktualizuje.

— To jak pisanie książki. Rozdział po rozdziale — przekonuje Marek Jakubowicz.

Książek z Soteesklep w podtytule powstało siedem. Tyle było dużych, corocznych aktualizacji programu, przygotowanych przez zespół Sote. W przyszłym roku światło dzienne ujrzy wersja 5.0.

— Mniejsze aktualizacje są co miesiąc — uściśla Marek Jakubowicz.

Jest je dla kogo pisać, gdzieś w połowie stycznia liczba sprzedanych licencji przekroczy 2 tysiące. Na razie jest ponad 1,8 tys. Tylko w tym roku znalazło się ponad 700 chętnych na Soteesklep.

— Nie rośniemy rewolucyjnie, lecz ewolucyjnie. Każdego roku zwiększamy liczbę klientów o połowę — skromnie do wyników podchodzi Bożena Jakubowicz.

Konkurencja została w tyle, choć na rynku nie brakuje darmowego oprogramowania. Wcześniej, w czasach wirtualnego kryzysu, raczej zamykano projekty internetowe. Kiedy przyszła hossa, Sote okrzepło, wysoko ustawiając poprzeczkę nowicjuszom. Szefowa firmy twierdzi, że po wielu z branży zostało tylko wspomnienie.

— Marka oprogramowania powstaje wiele lat. Liczy się nie tylko cena, lecz także serwis budowany wokół software’u — uważa Bożena Jakubowicz.

Psychologia silnika

Kilka lat temu ostro na rynek wszedł Easyshop. Nie proponował jednak rozwoju oprogramowania, sprzedawał jedną wersję. Można ją jeszcze kupić, tylko po co? W sercu rozwijanego wciąż Soteesklepu można grzebać do woli. Kod źródłowy jest dostępny.

— Pisanie to, jak wszędzie, 10 procent talentu i 90 procent pracy — szacuje współautor sukcesu poznańskiej firmy i nie boi się, że konkurencja mogłaby korzystać z kodu.

O sukcesie decyduje coś ekstra, dopieszczone szczegóły. Nic spektakularnego, nic przełomowego Sote przecież nie zaproponowało. 100 MB oprogramowania przychodzi internetem, po zapłaceniu 1990 złotych. Wersja oprogramowania na płycie i w pudełku jest droższa o 95 złotych.

— Ot, psychologia. Niektórzy, choć sklep jest wirtualny, wolą mieć z niego coś realnego w ręku — ocenia Marek Jakubowicz.

Pracujący nad wyglądem i funkcjami sklepu programiści potrafią patrzeć na produkt z punktu widzenia klientów.

— Słuchamy dziesiątek uwag i propozycji z internetowego forum o naszym programie — przyznaje Bożena Jakubowicz.

Można też potraktować Soteesklep jak silnik, podstawę do budowy czegoś zindywidualizowanego.

— Mnie to pasuje. Pokazuje przecież, jakie możliwości drzemią w programie. Przykład? W listopadzie ruszyła galeria sztuki pod adresem pickart. pl. Działa na rozbudowanym Soteesklepie — zauważa szefowa Sote.

Pączki pęcznieją

Sklep w sieci nie musi być efektowny, żeby cieszyć efektywnością. Jest wiele adresów, których właściciele korzystają tylko z podstawowej wersji Soteesklepu. Nawet tu możliwość wyboru wyglądu sklepu mniej zdecydowanym zawróci w głowie. Bardziej stanowczy mogą ruszyć ze sprzedawaniem w internecie już w kilkanaście minut.

— Są rzeczy, na które nie mamy wpływu, takie jak dobór zdjęć, opisy produktów, polityka cenowa, pozycjonowanie strony. To w dużym stopniu wpływa na wyniki sklepu — uważa Marek Jakubowicz.

Warszawski cukiernik Blikle zaczął dzięki software’owi z Poznania sprzedawać wypieki. Wirtualne pączki wydają się większe i smakowitsze niż w cukiernianej gablocie. Grafik popracował. Choć porównywarki cen są bezwzględne — pokażą nie tylko, że ciastka od Bliklego są drogie, ale także, który sklep ma najtańszą 42-calową plazmę. Kupujący nie zawsze wybierają jednak najtańsze, tak jak nie każdy kupuje w Biedronce. Internetowe delikatesy marżę mają wyższą, ale obsługę i opisy produktów znakomite. Wysyłka bezzwłoczna, reklamacji brak. Dobry sklep współpracuje więc nie tylko z porównywarkami cen, ale też z wieloma systemami płatności, pasażami handlowymi czy z Allegro.

— Są sklepy zlecające nam modyfikacje za kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Gdyby nie przynosiły sowitych zysków, nikt by tak nie inwestował. Dobrze się mają na przykład ci z niszowymi produktami, których nie ma w sklepie na rogu — mówi Bożena Jakubowicz.

Prosperuje też dostawca wirtualnego wyposażenia sklepów.

— Zgłaszały się firmy, które chciały nas kupić. Nie podejmujemy takich rozmów. Jesteśmy związani emocjonalni z naszym biznesem — przekonuje szef Sote.

Tymczasem przedświąteczna gorączka zmierza ku apogeum. W listopadzie były dni, gdy sprzedawało się kilkanaście licencji Soteesklepu dzienne. Są firmy mające po pięć licencji, sprzedające na każdej ten sam asortyment i symulujące w ten sposób własną konkurencję w sieci. Niektórzy decydują się na kupno programu o trzeciej nad ranem, w poniedziałek. Ot, sto megabajtów wirtualnych regałów. n

Amazońska cierpliwość

Sklepy internetowe stały się realne w 1992 r., kiedy Stany Zjednoczone zniosły zakaz komercyjnego wykorzystania internetu. Pierwsze z nich, niczym dinozaury, nie przetrwały do naszych czasów. Oferowały produkty bez możliwości składania zamówień za pomocą formularza czy koszyka. Jedyny kontakt, jaki miał sprzedawca z kupującym odbywał się za pośrednictwem telefonu, potem e-maila. Przełomowy dla handlu elektronicznego był rok 1997, kiedy amerykański Amazon.com zadebiutował na giełdzie. Mógł już wtedy poszczycić się milionem klientów. Nie zmienia to faktu, że firma Jeffa Bezosa pierwszy raz wykazała zyski dopiero na koniec 2003 r. Teraz przekraczają one 190 mln dolarów rocznie.

Na ścianę z sieci

Galeria pickart.pl oferuje reprodukcje prac młodych fotografików, malarzy i grafików. Zapewnia, że nie więcej niż sto osób będzie posiadaczami takiej samej pracy. Kupujący otrzymuje wydrukowany na płótnie obrazowym, naciągnięty na blejtram, gotowy do powieszenia obraz. Ceny? Powiększony fragment komiksu Jacka Frasia kosztuje 420 zł.

300

tys. Tyle różnych towarów oferuje Merlin.pl.

5

mln Tyle produktów ma w bazie Amazon.com.

10

Tyle dziennie powstaje polskich sklepów internetowych.

Koszyk na klawiaturze

Kiedy amerykański rynek e-commerce rośnie w tempie 20 proc. rocznie, polski rozwija się trzykrotnie szybciej. Szacuje się, że za cztery lata połowa Polaków będzie internautami, a większa część z nich będzie dokonywała zakupów w sieci. Według badań Gemiusa, 66 proc. użytkowników internetu w Polsce przyznaje, że zdarzyło im się kupić coś w sieci. 36 proc. respondentów robi to raz w miesiącu lub częściej. Wiedzą o tym zapewne właściciele najdłużej działającego polskiego sklepu internetowego, księgarni Nepo.pl. Ich więksi, ale młodsi bracia tacy jak Empik.com czy Merlin.pl biją rekordy popularności. Każdej doby odwiedza je nawet 100 tys. osób, a zamówienia potrafi złożyć 10 tys. internautów dziennie.

Karol Jedliński