Sklep internetowy jest wirtualny, co nie znaczy, że nie grozi mu realna klapa. W zeszłym roku 3,3 mln Polaków zrobiło zakupy w sieci. Każdemu z nich wygląd sklepu może się nie podobać, zdjęcia mogą się nie ładować, a system może odmówić autoryzacji karty. Źle zaprojektowany odstrasza wyglądem niczym gees. Dlatego ci, którzy robią dobry software do sklepów internetowych, są w cenie niczym sprawna ciężarówka dla firmy przewozowej.
To mechanizm maszynki do zarabiania pieniędzy. Handel w sieci wart jest kilka miliardów złotych, ma kilkuprocentowy udział w całości handlu w Polsce. Walcząc o jak największy kąsek z tego rynku, niemalże co trzeci z około siedmiu tysięcy rodzimych sklepów internetowych w Polsce korzysta z oprogramowania poznańskiej firmy Sote.
— Zaczynaliśmy w 1999 r., akurat jak pękła bańka internetowa. Paradoksalnie, to nie był zły pomysł — uważa Marek Jakubowicz, szefujący Sote wraz z żoną Bożeną.
Oboje są młodzi, jakżeby inaczej, w końcu starsi załapali się co najwyżej na magnetowidy. A ich dzieci rozkładały wtedy na części pierwsze siermiężne atari. Dziś 33-letni Marek Jakubowicz, z wykształcenia informatyk, przekonuje, że nie trzeba opowieści o dolinie krzemowej , żeby w Polsce brylować w nowych technologiach.
— Dobrzy programiści są w każdym kraju. Pytanie tylko, na czyjej liście płac — uważa.
Załamanie rynku w końcu wieku nijak się miało do kondycji firmy. Z banalnego powodu: nie byli wtedy potentatami w branży. Sprzedawali ledwie po kilka licencji miesięcznie na oprogramowanie Soteesklep.
— Od początku byliśmy rentowni — zaznacza Bożena Jakubowicz.
Siedem książek
Nic dziwnego. W końcu jej mąż sam pisał
oprogramowanie, bite kilka miesięcy. A że program to nie skrzynka pomarańczy, po
słabszym tygodniu nie było paniki, że się zdezaktualizuje.
— To jak pisanie książki. Rozdział po rozdziale — przekonuje Marek Jakubowicz.
Książek z Soteesklep w podtytule powstało siedem. Tyle było dużych, corocznych aktualizacji programu, przygotowanych przez zespół Sote. W przyszłym roku światło dzienne ujrzy wersja 5.0.
— Mniejsze aktualizacje są co miesiąc — uściśla Marek Jakubowicz.
Jest je dla kogo pisać, gdzieś w połowie stycznia liczba sprzedanych licencji przekroczy 2 tysiące. Na razie jest ponad 1,8 tys. Tylko w tym roku znalazło się ponad 700 chętnych na Soteesklep.
— Nie rośniemy rewolucyjnie, lecz ewolucyjnie. Każdego roku zwiększamy liczbę klientów o połowę — skromnie do wyników podchodzi Bożena Jakubowicz.
Konkurencja została w tyle, choć na rynku nie brakuje darmowego oprogramowania. Wcześniej, w czasach wirtualnego kryzysu, raczej zamykano projekty internetowe. Kiedy przyszła hossa, Sote okrzepło, wysoko ustawiając poprzeczkę nowicjuszom. Szefowa firmy twierdzi, że po wielu z branży zostało tylko wspomnienie.
— Marka oprogramowania powstaje wiele lat. Liczy się nie tylko cena, lecz także serwis budowany wokół software’u — uważa Bożena Jakubowicz.
Psychologia silnika
Kilka lat temu ostro na rynek wszedł Easyshop.
Nie proponował jednak rozwoju oprogramowania, sprzedawał jedną wersję. Można ją
jeszcze kupić, tylko po co? W sercu rozwijanego wciąż Soteesklepu można grzebać
do woli. Kod źródłowy jest dostępny.
— Pisanie to, jak wszędzie, 10 procent talentu i 90 procent pracy — szacuje współautor sukcesu poznańskiej firmy i nie boi się, że konkurencja mogłaby korzystać z kodu.
O sukcesie decyduje coś ekstra, dopieszczone szczegóły. Nic spektakularnego, nic przełomowego Sote przecież nie zaproponowało. 100 MB oprogramowania przychodzi internetem, po zapłaceniu 1990 złotych. Wersja oprogramowania na płycie i w pudełku jest droższa o 95 złotych.
— Ot, psychologia. Niektórzy, choć sklep jest wirtualny, wolą mieć z niego coś realnego w ręku — ocenia Marek Jakubowicz.
Pracujący nad wyglądem i funkcjami sklepu programiści potrafią patrzeć na produkt z punktu widzenia klientów.
— Słuchamy dziesiątek uwag i propozycji z internetowego forum o naszym programie — przyznaje Bożena Jakubowicz.
Można też potraktować Soteesklep jak silnik, podstawę do budowy czegoś zindywidualizowanego.
— Mnie to pasuje. Pokazuje przecież, jakie możliwości drzemią w programie. Przykład? W listopadzie ruszyła galeria sztuki pod adresem pickart. pl. Działa na rozbudowanym Soteesklepie — zauważa szefowa Sote.
Pączki pęcznieją
Sklep w sieci nie musi być efektowny, żeby cieszyć
efektywnością. Jest wiele adresów, których właściciele korzystają tylko z
podstawowej wersji Soteesklepu. Nawet tu możliwość wyboru wyglądu sklepu mniej
zdecydowanym zawróci w głowie. Bardziej stanowczy mogą ruszyć ze sprzedawaniem w
internecie już w kilkanaście minut.
— Są rzeczy, na które nie mamy wpływu, takie jak dobór zdjęć, opisy produktów, polityka cenowa, pozycjonowanie strony. To w dużym stopniu wpływa na wyniki sklepu — uważa Marek Jakubowicz.
Warszawski cukiernik Blikle zaczął dzięki software’owi z Poznania sprzedawać wypieki. Wirtualne pączki wydają się większe i smakowitsze niż w cukiernianej gablocie. Grafik popracował. Choć porównywarki cen są bezwzględne — pokażą nie tylko, że ciastka od Bliklego są drogie, ale także, który sklep ma najtańszą 42-calową plazmę. Kupujący nie zawsze wybierają jednak najtańsze, tak jak nie każdy kupuje w Biedronce. Internetowe delikatesy marżę mają wyższą, ale obsługę i opisy produktów znakomite. Wysyłka bezzwłoczna, reklamacji brak. Dobry sklep współpracuje więc nie tylko z porównywarkami cen, ale też z wieloma systemami płatności, pasażami handlowymi czy z Allegro.
— Są sklepy zlecające nam modyfikacje za kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Gdyby nie przynosiły sowitych zysków, nikt by tak nie inwestował. Dobrze się mają na przykład ci z niszowymi produktami, których nie ma w sklepie na rogu — mówi Bożena Jakubowicz.
Prosperuje też dostawca wirtualnego wyposażenia sklepów.
— Zgłaszały się firmy, które chciały nas kupić. Nie podejmujemy takich rozmów. Jesteśmy związani emocjonalni z naszym biznesem — przekonuje szef Sote.
Tymczasem przedświąteczna gorączka zmierza ku apogeum. W listopadzie były
dni, gdy sprzedawało się kilkanaście licencji Soteesklepu dzienne. Są firmy
mające po pięć licencji, sprzedające na każdej ten sam asortyment i symulujące w
ten sposób własną konkurencję w sieci. Niektórzy decydują się na kupno programu
o trzeciej nad ranem, w poniedziałek. Ot, sto megabajtów wirtualnych
regałów