W pierwszym na styku dwóch ustrojów rządzie Tadeusza Mazowieckiego minister Krzysztof Skubiszewski, wybitny specjalista problematyki międzynarodowej, naturalnie przystąpił do wymiany kierowniczych kadr na placówkach – w których naprawdę zasklepiły się złogi PRL – i robił to zdecydowanie, ale z rozłożeniem w czasie. Podobnie jak pieniądze polityka wymaga ciszy, zaś dyplomacja w szczególności.
Rząd stoi na stanowisku, że Polska nie może prowadzić dwóch polityk zagranicznych. W ocenie rządzącego tzw. konsorcjum 15 października placówki dyplomatyczne obsadzone są przez skrajnie upartyjniony zaciąg PiS, który nowej ekipie będzie sypał piasek w tryby. W znacznej części przypadków Radosław Sikorski ma rację, chociaż stanowiska zajmuje także niemało ambasadorów będących neutralnymi specjalistami od konkretnej strefy geograficznej czy wręcz państwa. Całkowitą oczywistością było błyskawiczne, jeszcze przed rozpoczęciem się szczytu Rady Europejskiej 14-15 grudnia 2023 r., odwołanie naszego stałego przedstawiciela przy UE – Andrzeja Sadosia. Akurat obsadzenie na tej strategicznej placówce Piotra Serafina, zaufanego przybocznego Donalda Tuska, przebiegło szybko i całkowicie naturalnie. Kompetentnych kandydatów do pokierowania wieloma innymi ambasadami w pełnej randze jednak nie widać.
Wypada przypomnieć, że o odwołanie/powołanie ambasadora wnioskuje szef MSZ, zaś podpis składa prezydent przy kontrasygnacie premiera. Taka podwójność decyzyjnych podpisów wymagana jest na bardzo wielu dokumentach personalnych, na przykład nominacjach generalskich. Konstytucja RP w ten sposób wręcz nakazała współpracę, a przynajmniej kohabitację dwóch ośrodków władzy skonfliktowanych politycznie. Od zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska 13 grudnia 2023 r. ostre starcia ograniczały się raczej do areny krajowej, najgłośniejsze dotyczyło i dotyczy mandatów posłów/nieposłów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Polityka międzynarodowa przez trzy miesiące była przed szkodliwym rozwarciem nożyc chroniona, co bardzo symbolicznie i demonstracyjnie podkreślone zostało 12 marca w Białym Domu. Naprzeciwko prezydenta Josepha Bidena zasiadła tam wyjątkowo zgodnie polska delegacja, chociaż naprawdę była wewnętrznie pęknięta. Radosław Sikorski celowo odczekał z odpaleniem kadrowego granatu i wyciągnął zawleczkę nieprzypadkowo dzień po waszyngtońskiej demonstracji jedności.
W sporze realnie zdecydowanie więcej instrumentów decyzyjnych ma oczywiście rząd. Ambasador z definicji może zostać w każdej chwili odwołany przez MSZ do kraju na konsultacje i już nigdy nie wrócić na placówkę, chociaż w papierach będzie nią fikcyjnie kierował nawet długie miesiące. Natychmiast wyznaczany jest chargé d’affaires spośród urzędników ambasady, i bieżące sprawy się toczą. Oczywiście poziom relacji Polski z danym państwem przy dłuższym utrzymywaniu prowizorki się istotnie obniża. Jeśli polityczno-ambicjonalne zacietrzewienie nie opadnie, to dyplomatyczna anormalność rozciągnie się nawet na półtora roku, do końca kadencji Andrzeja Dudy w sierpniu 2025 r. Wypada przypomnieć, że w pierwszym półroczu 2025 drugi raz w historii (poprzednio w 2011 r.) Rzeczpospolita Polska będzie sprawowała przechodnią prezydencję legislacyjnej Rady Unii Europejskiej. W resortach już trwają intensywne przygotowania, swoje plany bardzo ambicjonalnie upowszechnia także prezydent. Jeśli przynajmniej we wszystkich państwach unijnych, a także w innych głównych stolicach nie będzie pełnoprawnych ambasadorów, ze zgodnymi podpisami nominacyjnymi prezydenta i premiera – ustanowimy rekord wizerunkowej i dyplomatycznej wtopy.

