Postanowił po swojemu… zneutralizować kryzys po fatalnym występie premiera Benjamina Netanjahu na szczycie bliskowschodnim w Warszawie. Ogłosił, że „nie zapomnimy i nie przebaczymy, bo było wielu Polaków, którzy kolaborowali z nazistami i — jak powiedział premier Icchak Szamir — Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. Co spowodowało zerwanie przez premiera Mateusza Morawieckiego udziału polskiego rządu w szczycie Grupy Wyszehradzkiej (V4) w Jerozolimie i automatyczne jego anulowanie.

Zasadne jest pytanie, czemu w ogóle premierzy V4 mieli obradować w Izraelu. Przecież poza krótkimi spotkaniami w Brukseli przy okazji szczytów Rady Europejskiej, nigdy nie obradują na obcym terytorium. W 2017 r. Benjamin Netanjahu został zaproszony do Budapesztu przez Viktora Orbána, co było standardem — gospodarze V4 wielokrotnie gościli różnych kolegów premierów. Szkodliwym absurdem politycznym i dyplomatycznym było natomiast przychylenie się do propozycji premiera Izraela, aby w rewanżu cała V4 przyjechała do Jerozolimy. Zaczęło się to konkretyzować w 2018 r., po eksplozji kryzysu w stosunkach Izraela z Polską, spowodowanej uchwaleniem nowelizacji ustawy o IPN. Po pięciu miesiącach tajnych negocjacji ekipa tzw. dobrej zmiany nagle wycofała się z idei karania całego świata za upowszechnianie głupstw o udziale Polski w holokauście.
Po tamtym sukcesie premier Izraela pozycjonował się na mocarza wobec całej V4. Naprawdę zdumiewa, czemu wyszehradzcy premierzy nie przejrzeli jego sprytnej gry i dali się wmanewrować w izraelską kampanię wyborczą. Egzotyczne posiedzenie byłoby mniejszym absurdem np. w maju czy czerwcu, na zaproszenie już nowo obsadzonego premiera — chociaż personalnie mógłby to być nadal Netanjahu. Po izraelskiej wpadce V4 czuje się jak w tytule.