Władcy „jamników”

JUDYTA SIERAKOWSKA
04-11-2011, 00:00

Solaris kojarzy się bardzo ciepło. To od Lema. Napisaliśmy do niego, czy nie ma nic przeciwko – mówi Solange Olszewska, która z mężem Krzysztofem zbudowała jedną z największych europejskich fabryk autobusów

Głos z sali: – Co zrobić, żeby wejść w biznes? Solange Olszewska: – Potrzebne jest szaleństwo, wytrwałość i pokora. Prestiżowe niemieckie pismo „Handelsblatt” uznało ją za jedną ze stu najbardziej wpływowych kobiet biznesu na świecie. Wspólnie z mężem Krzysztofem Olszewskim stworzyła firmę Solaris Bus & Coach SA. To jedna z pięciu największych fabryk miejskich autobusów w Europie. Europejski Kongres Kobiet, Warszawa, 18 września 2011 roku. Sala pełna kobiet. Wszystkie ciekawe, jak odnieść sukces. Solange opowiada: – Mój mąż nie mógł awansować w Niemczech, bo nie miał genów Auwärterów. A ja, dentystka, pomagałam mu… Głos z sali: – No tak, tak, ale jak doszła pani tak daleko?! Solange żartuje: – Doszłam do stanowiska prezesa przez łóżko!

Historia pewnej miłości

Luty 1973. Studencki obóz narciarski, Hala Miziowa w Beskidzie Żywieckim. Krzysztof Olszewski, student wydziału budowy maszyn na Politechnice Warszawskiej, jest za blisko wyciągu. Dostaje liną prosto w twarz, wypluwa z krwią kawałek złamanej czwórki. Podbiega dziewczyna i podaje mu chusteczkę. Potem spotykają się w dyskotece. – Dlaczego nie tańczysz? – pyta go. – Bo żadna mi się nie podoba.

Jak dla niego ta dziewczyna ma trochę dziwne imię: Solange. Jest na czwartym roku stomatologii i zna się na zębach. Po powrocie do Warszawy dokleja mu złamaną czwórkę. Krzysztof dowiaduje się, skąd to imię. Dziadek dziewczyny ukończył Sorbonę, a babcia była wielbicielką Chopina i George Sand, która miała córkę Solange. Chcieli, aby takie imię nosiła ich wnuczka. W wakacje Krzysztof i Solange jadą do Szwecji. Przez trzy miesiące pracują w wytwórni płyt gramofonowych. Do Warszawy wracają z 1600 dolarami, za które kupują dużego fiata. Jest koloru bordo.

Ukradkiem do warsztatu

Krzysztofowi marzy się własny biznes. Wie to już po trzecim roku studiów. Chce prowadzić warsztat samochodowy, ale musi mieć uprawnienia mistrza rzemieślniczego. Bierze urlop dziekański i na własną rękę chodzi do warsztatu na praktyki. Nie przyznaje się, że jest studentem, bo wzięliby go za milicyjną wtykę... Pierwsza naprawa w warsztacie – wymiana głowic w harleyu davidsonie. Zapala się do motorów. O praktykach nie wiedzą koledzy ze studiów ani rodzice. Są lekarzami, marzy im się kariera naukowa syna. Uważają, że nie po to kończy się studia, by iść do brudnej roboty. Ale gdy ojciec dowiaduje się, czym zajmuje się Krzysztof, wpada starym fiatem na przegląd.

– Najpierw byłem uczniem, potem czeladnikiem, w końcu mistrzem – wspomina Olszewski. Solange kończy studia w terminie, Krzysztofowi się nie spieszy, ciągle gdzieś wyjeżdża – to do pracy sezonowej za granicą, to jako instruktor narciarski w polskie góry. – Dzwonił z nart i mówił: „Jestem tutaj dopiero 55. dzień” – wspomina Solange. Studiuje tak dziewięć lat.

Nie wracaj!

1977. Ponownie jadą do pracy do Szwecji. Wracają w 1978. W marcu Solange rodzi córkę Małgosię. Oni ciemnowłosi, a ona blondyneczka. – Made in Sweden – żartuje Solange. 1979. Na świat przychodzi Janek. Za zarobione pieniądze Olszewscy kupują połowę warsztatu przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Naprawiają zachodnie auta. Gdy brakuje części, Krzysztof wsiada do fiata z przyczepką i jedzie do Kolonii, do składu złomu. Złomowane pojazdy to kopalnia części. Tanio można kupić półosie, zawieszenie, sprzęgła, mosty, skrzynie biegów, podpory wałów napędowych… Krzysztof zawsze wraca z pełną przyczepką. Solange: – Wyobraża sobie to pani? Polak po części jeździł do Niemiec! Przecież jak Polak, to na pewno kradł! 4 grudnia 1981 roku. Krzysztof znowu jedzie po części. Ma wracać 14. Dzień wcześniej Jaruzelski ogłasza stan wojenny. Solange przed wyjazdem mówi Krzysztofowi, że gdyby cokolwiek się zdarzyło, niech nie wraca. Zostaje sama z dziećmi w kawalerce na Sadybie. Janek ma dwa latka, a Małgosia trzy i pół roku. Na ulicach czołgi, telefon nie działa. Solange: – Pomagałyśmy sobie z sąsiadką. Miała trzyletnią dziewczynkę. Gdy ugotowałam, to dokarmiałam jej dziecko, gdy ona gotowała, przynosiła też dla nas. Zostałyśmy przyjaciółkami. Byłam wprawdzie bez pieniędzy, ale miałam dwie zamrażarki pełne jedzenia i tak trwałam.

Rozmowa kontrolowana

1982. W Berlinie jest fabryka autobusów Neoplan, jedna z największych w Europie. Krzysztof zna niemiecki. Młody, zdolny inżynier zostaje polecony dyrektorowi fabryki. Szybko zyskuje sympatię właściciela Neoplana. Dostaje pozwolenie na pracę, a w styczniu posadę. Solange opiekuje się dziećmi i słucha Radia Wolna Europa. W marcu nadchodzi pierwsza paczka od Krzysztofa, jest też list i zdjęcie. Ma być cierpliwa, bo nie zanosi się na powrót. Postanawiają, że Solange pojedzie do Niemiec, potem dołączą dzieci. Zdobycie paszportu i wyjazd kosztują. Trzeba sprzedać warsztat. Solange: – Był zakaz wyjeżdżania. No, chyba że w wyjątkowych sytuacjach, np. potrzebne jest leczenie za granicą. Profesor ze studiów poradził, abym udawała chorą na raka kręgosłupa. Paszport kosztuje ją 3 tys. marek. Pośredniczka z kontaktami w MSW mówi, że tyle potrzeba na łapówki dla urzędników. Wrzesień. Solange z lewym zaświadczeniem, że ma raka, wsiada do pociągu do Berlina: – Wysiadłam na Bahnhof Zoo. Co próbowałam się dodzwonić pod numer, który dostałam od Krzysztofa, było zajęte. Stałam w budce telefonicznej, między prostytutkami i narkomanami, bezsilna, po raz kolejny wykręcając numer. Ciągle zajęte! Zdenerwowany Krzysztof wydzwaniał w tym czasie raz po raz do Warszawy, do matki Solange, aby sprawdzić, co z żoną. Rozmowa kontrolowana, sygnał, zajęte. I tak w kółko!

Dzieci przyjadą, jeśli będziesz umierająca

1983. Małgosia i Janek zostają z babcią. Każdego dnia Olszewscy dzwonią do Polski z pytaniem, kiedy dojadą. Pomaga im ta sama kobieta, która załatwiła paszport Solange. Regularnie przesyłają jej pieniądze, a ona informuje, że dzieci będą za tydzień, ale to kosztuje. Kolejny telefon: jeszcze tydzień, dwa, ale to kosztuje… Dostała 12 tys. marek. Żąda auta, najlepiej gdyby to był opel kadett. Solange: – Mija tydzień, dzieci nie ma, mija miesiąc, dzieci nie ma. Wielkanoc, nakrywam do stołu, a dzieci ciągle nie ma!

Olszewscy odchodzą od zmysłów. Po każdym telefonie do pośredniczki Solange pakuje się i chce wracać do Polski. Bezsilność. Solange: – Przyśniło mi się, że biorę nóż i wbijam jej w plecy. Pierwszy raz kogoś nienawidziłam. Mija pół roku, córeczka pyta przez telefon: – Mamusiu, a ty już chyba musisz być bardzo stara? A tatusia to ja już nie pamiętam. Solange znowu dzwoni do pośredniczki. Ta mówi, że Solange musi przesłać zaświadczenie lekarskie, iż jest umierająca. – Chodziłam na kurs niemieckiego, w grupie miałam rosyjskiego anestezjologa. Poradził mi, ile wziąć tabletek nasennych, tak żeby mnie odratowali. Wzięłam, ile kazał. W nocy mąż wezwał karetkę. Ja umierająca, a oni jeżdżą wokół fabryki i nie wysiadają! Mąż wybiegł i macha do nich, ale oni nie reagują! Mieszkaliśmy w fabryce, a oni szukali mieszkania! Olszewska budzi się na OIOM-ie, wypłukali z niej wszystko. – Pani idzie do domu – mówi lekarz. – Ale ja chcę zaświadczenie – prosi Solange. – Ale pani już zdrowa – odmawia lekarz. Rozpacz.

Paszporty załatwia Genscher

Maj 1983. W fabryce Neoplana dowiadują się o sytuacji Olszewskich. Informacja trafia do Senatu Berlina, do urzędnika, który jest kolegą z klasy Genschera. Wkrótce potem władze PRL-u otrzymują list z prośbą o połączenie ze względów humanitarnych rodziny Olszewskich. Podpis: Hans-Dietrich Genscher, minister spraw zagranicznych RFN. Solange: – Dwa dni później mama znalazła w skrzynce zawiadomienie o tym, że są paszporty dla dzieci. Znajomi przywożą je do Niemiec. Olszewscy płaczą z radości, a mały Janek nie poznaje ojca. Miał dwa lata, gdy Krzysztof wyjechał, i prawie tyle samo go nie widział. Solange: – Gdy już dzieci były z nami, zadzwoniliśmy do pośredniczki. Nie zdążyliśmy nawet nic powiedzieć, a ona do nas: „Jeszcze tydzień, jeszcze dwa”. W ogóle nie interesowała się dziećmi!

Z mechanika dyrektor

1984. Krzysztof w fabryce przesiaduje od rana do nocy. Ma wiedzę o samochodach osobowych i zastanawia się, dlaczego w autobusach nie ma tak prostej konstrukcji. Choćby elektronika – w aucie wszystko jest w jednym miejscu, a w autobusie wszystko porozrzucane. Pracuje nawet w weekendy. Pewnej soboty nakrywa go Albrecht Auwärter, syn założyciela Neoplana. Zdziwiony pyta Olszewskiego, co robi. Ten, nie przerywając pracy, informuje, że demontuje starą instalację elektryczną i zakłada nową. Będzie lepsza. Zdumiony Auwärter zaprasza go na obiad do swojego domu. 1985. Olszewski zostaje dyrektorem fabryki. Po niespełna czterech latach pracy zajmuje najwyższe stanowisko, jakie mogła piastować osoba nienależąca do rodziny Auwärterów.

Pani zza żelaznej kurtyny

1986–1992. Solange jest w domu z dziećmi: – Do ’86 nie pracowałam, Niemcy pomagali. Nie może jednak usiedzieć w miejscu. Wspiera imigrantów z Polski, którzy są w takiej sytuacji jak ona. Solange: – Chodziłam po różnych instytucjach i prosiłam o pozwolenia na pracę dla Polaków. Ktoś zapytał: „A co pani sama robi?”. Ja, że nic, bo nie mam pozwolenia na wykonywanie zawodu. On: „Może pani pracować na uniwersytecie”. Dostaje pracę na Wydziale Stomatologii Dziecięcej Freie Universität. Zajmuje się leczeniem dzieci trudnych. – Jestem tam ja, jeden Norweg i pomoc dentystyczna – opowiada. – Stomatologia w Polsce nie była wtedy na wysokim poziomie. Poza tym tyle lat nie miałam kontaktu z pacjentami. Nie wiedziałam, jak obsługiwać maszynę. Podpatrywałam, bo przecież nie będę pytać asystentki. Wtedy na stomatologię szli studenci z bardzo dobrych domów, a na zajęcia przychodzili w garniturach od Armaniego. Zainteresować ich i jednocześnie skupić się na leczeniu wrzeszczącego dziecka, które przyszło w towarzystwie przerażonej rodziny, to nie było łatwe! A kiedy studenci dowiedzieli się, że to ta pani zza żelaznej kurtyny, chcieli udowodnić: „My wiemy lepiej!”. Po odejściu profesora na emeryturę Solange dostaje jego sekretarkę, dwa piękne pokoje

Bolechów pod Poznaniem, 1996.

Solange (w głębi) i Krzysztof Olszewski (z lewej) naradzają się w uruchomionej właśnie montowni autobusów Neoplan i… wykłady do poprowadzenia. Cieszą się dużą popularnością wśród studentów. Olszewscy nadal mieszkają w fabryce. Krzysztof: – Dzieciom to się podobało, chwaliły się w szkole. Pamiętam, jak raz listonosz przyniósł listy do pracowników, a one porozrzucały je po całej fabryce. Ale miały zabawę! Po sześciu latach opuszczają mieszkanie w fabryce, bo dzieci pochorowały się od oparów diesla. Przeprowadzają się do domku jednorodzinnego. Gdy mija siedem lat, mogą się ubiegać o niemieckie obywatelstwo. Bez żalu rezygnują z polskiego. O inżynierze Olszewskim, który zarządza berlińską fabryką, dowiaduje się coraz więcej Polaków związanych z branżą. W Polsce jeżdżą wtedy ikarusy z Węgier. Dyrektor MPK w Poznaniu wpada do Berlina zobaczyć niemieckie niskopodłogowe cuda. Jest urzeczony. Niemiecka fabryka, a można się swobodnie dogadać po polsku! Za nim przyjeżdżają następni.

Jak pan sobie wyobraża moją karierę?

1993. Olszewski chce iść wyżej, więc puka do drzwi gabinetu Auwärtera i pyta: „Jak pan sobie wyobraża moją dalszą karierę w firmie, bo ja ją widzę z poziomu członka zarządu?”. Auwärter patrzy na niego z niedowierzaniem. W zarządzie są jego dwaj bracia i siostra. Mówi krótko: „Panie Olszewski, mamy dzieci i to one będą w zarządzie. Tu trzeba mieć geny Auwärterów!”. Krzysztof chce jednak przekonać go, że trzeba wejść do Polski, bo to 38-milionowy kraj, który ma ogromne potrzeby. Słyszy, że jest wariatem, bo ma dobrą posadę, dom, a zachciało mu się biznesu w kraju, w którym rządzi szef związków zawodowych. Ostatecznie Auwärter godzi się na to, by Olszewski kupował od nich autobusy i sprzedawał je w Polsce, ale na własne ryzyko. Nie daje ani feniga, ale daje nazwę Neoplan. Olszewski zauważa, że pojawia się coraz więcej biur podróży, i zaczyna im sprzedawać używane autobusy turystyczne. Mimo 30-procentowego cła, które na nie nałożono, w pół roku zostaje najlepszym sprzedawcą w Neoplanie. Zabiera się do sprzedaży niskopodłogowych autobusów miejskich. 1994. W tygodniu inżynier Olszewski pracuje w Berlinie, a w weekendy zamienia się w kierowcę i robi objazd po polskich miastach. Autobus to ruchome biuro i reklama. W sierpniu Olszewski zakłada w Warszawie biuro handlowe firmy Neoplan. Wspólnie z żoną tworzą Neoplan Sp. z o.o. Pierwsza sprzedaż. Za 15-metrowego Neoplana N 4020 miasto Warszawa płaci 510 tys. marek, plus 30-procentowe cło i 22-procentowy podatek VAT! Suma ogromna, ale autobus jeździ do dziś. To pierwszy niskopodłogowiec w Polsce.

Autobusy zamiast pocisków

1995. Prezydent Poznania Wojciech Szczęsny Kaczmarek rozpisuje przetarg na dostawę miejskich autobusów. W konkursie ofert wygrywa Neoplan. Ma dostarczyć 72 autobusy. Ale Kaczmarek stawia warunek: pod Poznaniem ma powstać fabryka. Ograniczy to koszty, nie będzie cła, a miejscowi dostaną pracę. Solange: – Zdecydowaliśmy, że spróbujemy, choć prawda była taka, że nie chciałam wracać do Polski. W Berlinie miałam 13 dobrych pensji, przywileje urlopowe i pewną posadę. Gdy odchodziłam, w Izbie Stomatologicznej byli w szoku. Ale nie chciałam, żeby rodzina była podzielona. Nie było jak teraz. To były czasy, że żona szła za mężem. I ja za nim poszłam. Olszewski nie ma pieniędzy, a potrzeba 10 mln złotych. Rusza z biznesplanem do Deutsche Banku. Dwie godziny przekonuje o zaletach przyszłego biznesu, lecz kredytu nie dostaje. Kolejne niemieckie banki odmawiają. Rusza do polskich, też nie chcą dać. W pociągu powrotnym do Berlina na komórkę Olszewskiego dzwoni dyrektor Banku Handlowego. Chce rozmawiać. Olszewski nie może wysiedzieć w przedziale. 23 grudnia 1995 roku. Olszewscy podpisują umowę i dostają kredyt. Szukają miejsca, gdzie będzie można montować autobusy. W Bolechowie, 23 km od Poznania znajdują 1000-metrową halę. W latach 80. Tłocznia Metali Pressta produkowała tu łuski do pocisków artyleryjskich. Na początek Olszewscy zatrudniają 36 pracowników. Większość to zwolnieni z poznańskiej Fabryki Samochodów Rolniczych Tarpan, która właśnie bankrutuje.

Solange i powódź

22 marca 1996 roku. Arcybiskup święci halę w Bolechowie. Na sali posłanka Krystyna Łybacka z SLD, arcybiskup ostrzega: „Muszę pokropić wszystkich!”, i zamaszyście macha kropidłem. Olszewscy ruszają z produkcją. Znowu mieszkają w fabryce. Mieszkanie jest nad biurem, z widokiem na halę. Szkielety autobusów i najważniejsze części sprowadzają z Neoplana; szyby, kable, blachy – od polskich producentów. Żaden z 36 zatrudnionych nie ma prawa jazdy na autobus. Ma je tylko Olszewski i to on wykonuje jazdy próbne. Neoplan z niskopodłogowcami jest bezkonkurencyjny, ma cztery wersje: 10, 12, 15 i 18 metrów. 1997. Olszewski w Bolechowie, dzieci w Berlinie, rodzice w Warszawie, a Solange krąży między tymi trzema miejscami. W Polsce powódź tysiąclecia. Solange angażuje się w pomoc dla potrzebujących, jak kiedyś w Niemczech. – Ciągle kursowałam na trasie Warszawa– –Berlin–Warszawa. Wsiadałam do pociągu i się zaczynało. Rozglądałam się i każdego, kto choć trochę wyglądał na takiego, co ma pieniądze, prosiłam o składkę dla powodzian – wspomina. Stała się skrzynką kontaktową. – W ambasadach kierowali do mnie, z Opola, z centrum kryzysowego dzwonili do mnie, nawet celnicy mieli mój numer telefonu – mówi. Dwa lata później Solange dostaje Złoty Krzyż Zasługi Prezydenta RP. 1998. Olszewscy budują w Środzie Wielkopolskiej drugą fabrykę. Tam już sami robią szkielety autobusów. Solange: – Na początku było łatwo, byliśmy oszołomieni. Tempo było szaleńcze. Dostają nagrodę Kapituły Polskiego Klubu Biznesu jako firma roku.

Lemowi było miło

1999. Powstają kolejne firmy autobusowe, w Polsce jest ich już osiem, najwięcej w Europie. Konkurencja jest ogromna. Olszewscy potrzebują pieniędzy na kolejne inwestycje, sprzedają 30 proc. udziałów swojej firmy Auwärterom. Za ich zgodą Olszewski z grupą inżynierów opracowuje nowy model autobusu. Ma być przeznaczony specjalnie na rynki Europy Środkowo- -Wschodniej – nowoczesny i bardzo wytrzymały. Brakuje mu nazwy. Solange: – Solaris kojarzy się bardzo ciepło. To od Lema. Napisaliśmy do niego, czy nie ma nic przeciwko. Było mu miło. A że pierwsze cztery litery nazwy pokrywają się z moim imieniem to przypadek. Olszewska zostaje wiceprezesem firmy do spraw kontaktów z klientami, zastanawia się nad czymś, co wyróżniałoby solarisy. Wymyśla zielonego jamnika, bo jest jak ich autobusy: długi, wierny klientom i tani w eksploatacji. Krótkie łapki, bo niskopodłogowy, zielony, bo ekologiczny. Jamnik jest na wszystkich solarisach. Na targach w Poznaniu odbywa się premiera Solarisa Urbino – pierwszego polskiego autobusu niskopodłogowego. W przedsionku hali wystawowej staje harley davidson, którego inżynier Olszewski dostał na 40. urodziny. Każdy klient się dziwi, hala z autobusami, a tu taki motocykl? Ale skojarzenie działa, Solaris jest zapamiętywany.

Solaris podbija Niemcy

2000. Neoplana w Niemczech przejmuje MAN – dotąd jego największy konkurent. Tym samym staje się udziałowcem firmy Olszewskich. MAN proponuje, że odkupi ich 70 proc., a Krzysztof zostanie szefem. Olszewscy nie ufają MAN-owi, „wróg” nie może chcieć dobrze. Solange: – To był najtrudniejszy moment. Mieliśmy decydować, czy sprzedać Solarisa MAN-owi, kupić od nich udziały czy zlikwidować biznes. Było nam bardzo ciężko, ale powiedzieliśmy dzieciom, że w tym roku nie ma Gwiazdki, że jedziemy… na Malediwy. Wiedzieliśmy, że gdy zostaniemy, zjedzą nas nerwy. A tak wsiedliśmy do samolotu, wyłączyliśmy telefony, złapaliśmy dystans i nowe pomysły. Olszewscy grają twardo. Udowadniają, że mają prawo pierwokupu do 30 proc. akcji, które przejął MAN w ich firmie. Pożyczają pieniądze i je wykupują. Gdyby zgodzili się na propozycję MAN-a i sprzedali swoje 70 proc., nie byłoby marki Solaris i fabryki pod Poznaniem. Pierwszy eksport. Solarisa Urbino kupuje czeska firma Dopravní Podnik Ostrava. Dwa odważył się kupić także prywatny przewoźnik z Berlina. Solange: – Niemiecki ambasador w Polsce zaprosił mnie do swojej rezydencji. Przyjeżdżam, a tu służba, kominek, lunch. Pytam, skąd to uznanie, przecież nie prowadzimy ogromnego biznesu. A on: „To firmy rodzinne stworzyły Niemcy i je utrzymują”. 1 września 2001. Neoplan Polska zmienia nazwę na Solaris Bus & Coach. Firmę trzeba zorganizować od nowa. Krzysztof wymyśla techniczne rozwiązania, Solange zwraca uwagę, że pasażerowie to też kobiety, dzieci, starsi, niepełnosprawni i muszą być dla nich udogodnienia. Zajmuje się też reklamą i marketingiem. Solange: – Nie miałam przygotowania zawodowego, ale dużo czytałam. Od początku brałam udział we wszystkich targach. Praca z trudnymi dziećmi dała mi dobre podstawy do pracy z klientami. Ze swej słabości uczyniłam siłę. Odbywa się premiera autobusu turystycznego Solaris Vacanza 12 i trolejbusów Trollino. 2004. Olszewscy sprzedają 489 pojazdów, trzy czwarte za granicę. Wygrywają największy przetarg w Europie na zakup 260 autobusów dla BVG (Berlińskie Miejskie Przedsiębiorstwo Autobusowe). Solaris pokonuje MAN-a, Evobusa i Volvo. Inne firmy ze względu na zbyt wysokie wymagania nawet nie startują.

Małgosia i Janek

2004. W Solarisie w dziale marketingu zaczyna pracować Małgorzata Olszewska. Solange: – Niemieckie gimnazjum, do którego chodziła Małgosia, było ekskluzywne, ale uczyło podlizywania się i dochodzenia do sukcesu dzięki pieniądzom rodziców. Zabraliśmy ją stamtąd. Maturę zrobiła w Bonn. Małgosia dostaje się do szkoły fotografii pod Stuttgartem. I znowu się zaczyna. Solange: – W szkole zadano pytanie: „Jak sobie wyobrażasz swoją przyszłość za 10 lat?”. Wszystkie dziewczynki grzecznie odpowiedziały, że będą miały dobrego męża i dom z ogródkiem. A Małgosia z przekąsem: „A ja za 10 lat będę stała na czele polskiej mafii i sprowadzała wasze samochody do Polski!”. Długo więc tam nie zabawia. Studiuje germanistykę i religioznawstwo. Też rzuca. Pracuje na stacjach benzynowych, w piśmie o autobusach, a potem o psach. Gdy zaczyna pracę w fabryce rodziców, w kufajce i sportowych butach dogląda pracowników w hali. Jan Olszewski to uczeń idealny. Ekonomista. Studia w Dortmundzie, Paryżu, Toronto oraz Mediolanie. Praktyki w BMW, Mercedesie i Siemensie, ale pracy tam nie dostaje. W Niemczech ma filię kanadyjski Bombardier, więc tam próbuje. Patrzą na nazwisko, pytają, czy zna polską firmę Solaris. Zna, bo to jego rodziców. Dziękują. Idzie do rodziców. Najpierw pracuje w dziale zakupów, potem w audycie wewnętrznym. Gdy zmienia dostawcę drobnych elementów, koszty spadają o jedną trzecią. Krzysztof: – Nie jest ważne, jakie szkoły się kończy. Małgosia podobnie jak ja przedłużała studia. Janek odwrotnie, skończył superszkoły, mówi wieloma językami. Córka jest bardziej techniczna, Janek bardziej ekonomiczny, od finansów. 2006. 10-lecie Solarisa. Firma sprzedaje 579 pojazdów. Jako pierwsza w Europie do seryjnej produkcji autobus hybrydowy (połączenie napędu spalinowego i elektrycznego).

Solange jeździ tramwajem

26 maja 2007. W Bratysławie dochodzi do pożaru w komorze silnika Solarisa Urbino, który jest na sprężony gaz ziemny. Z ruchu zostaje wycofanych pozostałych 21 autobusów. Niezależni rzeczoznawcy z firmy Slovdekra orzekają, że autobusy są bezpieczne. Jednak dla podniesienia bezpieczeństwa Olszewscy instalują w nich urządzenia samogaszące. Solange: – Media rozdmuchały sprawę. W naszych autobusach nie było wad konstrukcyjnych. Nikt nie pofatygował się, żeby sprawdzić, że wcześniej w tej zajezdni spaliło się 25 autobusów innych marek! 2008. Małgorzata pracuje w dziale sprzedaży Solarisa w Berlinie. Pobiera taką samą pensję jak inni na takim stanowisku. Ma za sobą pierwszą samodzielną transakcję. Sprzedaje do Hanoweru solarisa hybrydowego. Solaris podpisuje rekordowy kontrakt – 320 autobusów pojedzie do Aten. 2009. Jan się żeni. Z dziewczyną, którą zna od ósmego roku życia, a do tego najbliższą koleżanką siostry, też Małgorzatą. A siostra? Nie jest jeszcze gotowa na małżeństwo. Solaris po raz kolejny ustanawia rekord produkcji – 1114 pojazdów. Sprzedaje też pierwszy tramwaj pod własną marką. Solange udaje pasażera, wsiada na przystanku i słucha, co ludzie mówią o tramwaju.

Solaris na oceanie

Solange: – Kiedyś pokutowała opinia, że prywaciarz to aferzysta. Wielkie korporacje to niejedyna recepta na sukces, tam nie ma takiego etosu pracy jak w firmach rodzinnych. Dariusz Michalak, dyrektor Biura Badań i Rozwoju Solarisa, w firmie od 14 lat: – Gdy zaczynałem pracę, zostałem drugim inżynierem konstruktorem. Biuro konstrukcyjne dopiero się tworzyło, a wszystkich było około 200 osób. Przez te lata moja pensja nie spóźniła się nawet o jeden dzień! W Solarisie nie ma związków zawodowych. Solange: – Słuchamy swoich pracowników i często organizujemy z nimi spotkania. Kilku zaprzyjaźnionych pracowników, z którymi Olszewscy tworzyli Solarisa, bywa czasem zapraszanych do ich domu. Solange: – W domu mamy psy, wszystkie przybłędy, osiem sztuk. Są kury zielononóżki, osiem pawi, pięć owiec, kaczki, jest wrona, małe ptaszki, młode bociany, mieliśmy trzy łabędzie na przechowanie… – wylicza i dodaje: – Całe życie chciałam być weterynarzem. 2010. Olszewscy wyjeżdżają w podróż sentymentalną. Odwiedzają Brö, małe 6-tysięczne miasteczko 40 km od Sztokholmu. Solange: – To było nasze ostatnie miejsce pracy, zakład przetwarzania tworzyw sztucznych. Bardzo chciałam tam pojechać. Dopiero teraz pierwszy raz byliśmy w Szwecji jako turyści! W 2010 roku Solaris sprzedaje 1220 pojazdów. Znów rekord. Czy da się pójść jeszcze dalej? Sześć Urbino jedzie na wyspę Reunion na Oceanie Indyjskim. Olszewski dostaje Nagrodę Kisiela.

Miast nie liczę

Czerwiec 2011. Olszewscy z majątkiem wartym 700 mln złotych są na 26. miejscu na liście najbogatszych Polaków miesięcznika „Forbes”. – W ilu polskich miastach jeżdżą solarisy? Krzysztof: – Nie mam pojęcia. I jestem szczęśliwy, że tego nie liczę. Ale wiem, że w 24 krajach. W Polsce jest 2200 pracowników, plus pracownicy w spółkach córkach, które są wszędzie tam, gdzie sprzedajemy autobusy. Autobusy Solarisa jeżdżą po Majorce, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Serbii. W tych dla Francuzów są toalety dla kobiet kierowców, te dla mieszkańców Dubaju mają filtry piaskowe i przedziały osobne dla kobiet i dla mężczyzn, te w alpejskim Winterthurze – przyciemniane szyby, bo wysoko w górach jest duże nasłonecznienie, te na Łotwę są wyposażone w dodatkowe fotele dla konduktorów, a te dla Szwecji – w alkomat dla kierowcy. Ale jedne z najnowocześniejszych jeżdżą po Swarzędzu i Ostrowie Wielkopolskim – z dostępem do bezprzewodowego Internetu.

Być jak BMW

Przed laty Olszewski nie awansował w berlińskim Neoplanie, bo nie miał genów Auwärterów. – Co to znaczy mieć geny Olszewskich? Solange: – Nie wiem, bo nie mam. Krzysztof: – Jest wystarczającą niesprawiedliwością, że majątek się dziedziczy. Ja się starzeję, niech władzę obejmą najlepsi. Solange: – Pani Krystyna zaczynała jako sekretarka męża, teraz jest członkiem zarządu. Małgorzata obejmuje stanowisko dyrektora sprzedaży i marketingu w Solarisie. Odpowiada za zagraniczne przedstawicielstwa. Solange: – Ostatnio napisała, że miała łzy w oczach, gdy prezentowano nasze autobusy w Hanowerze. Janek jest dyrektorem odpowiedzialnym za rozwój firmy. Solange: – Chciałabym, żeby nasza firma była jak choćby Bosch lub BMW. Stanęlibyśmy w drugiej linii, ale nadal decydowali. I żeby było rodzinnie. Niedługo ruszy żłobek. Chcę, aby było przedszkole. W przyszłości może domy pracownicze jak u Siemensa. Wrzesień 2011. Solange opowiada na Kongresie Kobiet o tym, jak odniosła sukces w biznesie. W tym samym czasie na targach w Kielcach Solaris pokazuje elektryczny autobus. Pierwszy w Polsce. Dostaje Złoty Medal. Solange miała okazję podziękować Hansowi- -Dietrichowi Genscherowi za to, że przed laty pomógł im w Niemczech. – Powiedziałam mu, że nie zmarnowaliśmy szansy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JUDYTA SIERAKOWSKA

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Władcy „jamników”