Co zrobi resort skarbu z przetargiem na ZEC Bydgoszcz? Albo unieważni prywatyzację, albo narzuci załodze pakiet socjalny w wersji inwestora.
Ministerstwo Skarbu Państwa (MSP) jeszcze nie zdecydowało, jak rozwiąże konflikt wokół prywatyzacji Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, ale widzi tylko dwie możliwości.
„W związku z powstałą sytuacją MSP może unieważnić procedurę prywatyzacyjną lub kontynuować prywatyzację spółki, zapewniając jednocześnie pracownikom spółki warunki socjalne przedłożone przez inwestora w trakcie negocjacji pakietu socjalnego” — odpisało ministerstwo skarbu na nasze pytanie.
Przypomnijmy, że przed niespełna tygodniem bezskutecznie upłynął termin wyznaczony przez MSP na zakończenie negocjacji między załogą a kandydatem na inwestora — Elektrowniami Szczytowo-Pompowymi (ESP), spółką z grupy Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE). Zakup EC Bydgoszcz przez ESP byłby prywatyzacją tylko z formalnego punktu widzenia, bo inwestor jest pośrednio w 100 proc. zależny od skarbu państwa. Można powiedzieć, że MSP kupowałoby spółkę samo od siebie, co nie zmienia faktu, że w wyniku tej operacji do państwowej kasy trafiłoby 200-250 mln zł.
Wyprawa w Himalaje
ESP próbowały porozumieć się z pracownikami ZEC w dwóch podejściach. Jak twierdzi Jan Tokarz, prezes ESP, negocjatorów inwestora zaskoczył przebieg rozmów.
— Przez pierwsze dwa tygodnie negocjacji i większość drugiej tury uzgadnialiśmy mało istotne szczegóły, takie jak treść preambuły i słowniczek pojęć. Dopiero dwa dni przed upływem ostatecznego terminu zakończenia rozmów związki przedstawiły oczekiwania ekonomiczne — mówi Jan Tokarz.
ESP uznały je za nie do przyjęcia i przedstawiły własną ofertę, o czym poinformowały ministra skarbu po bezskutecznym upływie drugiego terminu wyłączności.
— Szczegółów nie możemy ujawnić nawet ministrowi skarbu, bo związki zobligowały nas do zachowania poufności. Według naszych wyliczeń, wartość całego pakietu już po ustępstwach, na jakie związkowcy poszli w trakcie negocjacji, znacząco przekraczałaby wartość spółki. Realizacja takich oczekiwań mogłaby spowodować bankructwo ZEC już w czwartym roku po prywatyzacji — twierdzi Jan Tokarz.
Winę za taki przebieg rozmów prezes ESP przypisuje nie związkowcom, z którymi inwestor nie chce konfliktu, lecz pracującemu dla nich doradcy, który zaplanował strategię.
— Oczekiwaliśmy poważnych negocjacji, a było, jak było — dodaje Jan Tokarz.
Nietrudno zgadnąć, że związkowcy oceniają przebieg rozmów z ESP zupełnie inaczej.
— Inwestor był mało poważny. Negocjatorzy, których do nas wysłał, nie mieli umocowania do podejmowania decyzji. W rezultacie to, co wydawało się już ustalone, było odwoływane decyzjami z Warszawy — mówi Jan Dzieweczyński, szef Solidarności w ZEC i rzecznik zespołu negocjacyjnego.
Związkowiec inaczej ocenia też wysokość ekonomicznych oczekiwań przedstawicieli załogi ZEC.
— To nie były żadne Himalaje. W energetyce są pewne standardy. Jeśli ktoś chce kupić, musi coś dać — uważa Janusz Dzieweczyński.
Mimo to nie chce ujawnić szczegółów, żeby — jak mówi — nie robić zamieszania przed wyborami.
PGE? Czemu nie…
Negatywna ocena ESP jako inwestora nie oznacza, że związkowcy nie chcą się znaleźć w Polskiej Grupie Energetycznej (PGE), budowanym przez rząd „narodowym czempionie”, do którego mogliby trafić za pośrednictwem ESP. Liczą na to, że i tak tam trafią, ale na lepszych warunkach.
— Wiemy, że państwo potrzebuje pieniędzy z tej prywatyzacji — nie ukrywa Jan Dziewczyński.
Teoretycznie spółka może jeszcze dostać się w ręce innego inwestora spośród obecnych w przetargu (np. szwedzkiego Vattenfa- lla, który uczestniczy w nim za pośrednictwem dawnych Elektrociepłowni Warszawskich, obecnie Vattenfall Heat Poland), jednak odpowiedź, jaką otrzymaliśmy z MSP, wskazuje, że minister skarbu nie przewiduje takiej możliwości.


