Wrażenie większej awaryjności

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2010-10-13 12:58

Po historii z pedałami gazu w Toyotach wszelkie akcje serwisowe stały się wydarzeniami medialnymi. Wydawać by się mogło, że jest ich coraz więcej. To złudzenie.

W Polsce w ciągu trzech kwartałów 2010 r. do Urzędu Ochrony Konsumentów i Konkurencji (UOKiK) wpłynęło 41 dobrowolnych powiadomień dotyczących wadliwych aut. W tym samym okresie ubiegłego roku takich powiadomień było 33.

— W przypadku sektora motoryzacyjnego liczba zgłoszeń o wadach utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Od kilku lat nie zaobserwowaliśmy większych wahań — przekonuje Ernest Makowski, starszy specjalista z UOKiK.

Większa awaryjność? Takie wrażenie jest złudne. Liczba zgłaszanych wad utrzymuje się od lat na tym samym poziomie.
Większa awaryjność? Takie wrażenie jest złudne. Liczba zgłaszanych wad utrzymuje się od lat na tym samym poziomie.
None
None

Akcje medialne

Informowanie o każdej sytuacji, która wymaga wizyty w serwisie, jest obowiązkiem wszystkich przedsiębiorców. Prawdopodobnie przykład któregoś z producentów, którzy zataili informacje o usterce, sprawił, że przedsiębiorcy w końcu zrozumieli, iż akcje przywoławcze nie są jednoznaczne z załamaniem sprzedaży. Szybka i rzetelna informacja o potencjalnej usterce nie szkodzi firmie, lecz spotyka się zwykle z uznaniem klientów danej marki. Bardziej szkodliwy jest brak informacji.

— To może być bezpośrednią przyczyną nieco zwiększonej skłonności do informowania o usterkach. Z drugiej jednak strony, jeśli przeanalizujemy kilka ostatnich lat, to liczba zgłoszeń wcale drastycznie nie wzrosła, a wzrosło raczej zainteresowanie nimi opinii publicznej — mówi Mariusz Nycz, dyrektor marketingu i PR Volvo Auto Polska.

Zdecydowana większość producentów ze szczególną powagą traktuje kwestie bezpieczeństwa i komfortu swoich klientów. Dlatego akcje serwisowe w dużej mierze informują o potencjalnych trudnych sytuacjach, z jakimi mogą się spotkać użytkownicy niektórych modeli.

— Zgłaszane przez nas usterki tylko w skrajnych przypadkach mogą mieć wpływ na komfort i bezpieczeństwo jazdy i w większości są to sytuacje bardzo rzadko spotykane. Chcemy jednak, by klienci nam ufali — dodaje Mariusz Nycz.

Amerykański syndrom

Kiedy na początku 2010 r. użytkownicy Toyot w USA oskarżyli koncern o to, że samochody, które produkuje, samoczynnie nabierają prędkości i nie dają się zatrzymać, zapachniało największą akcją przywoławczą w historii Toyoty. Było niebezpiecznie, auta ulegały wypadkom, a przedstawiciele firmy tłumaczyli się przed najwyższymi władzami państwowymi w USA.

Jednak dotychczas nie udowodniono, że owo zacinanie się pedałów przyspiesznika jest w rzeczywistości wadą fabryczną. W laboratoriach Toyoty w Toyota City i Hogashi-Fuji poddano szczegółowym badaniom około 2 tys. zgłoszonych przypadków "samowolnego przyspieszania" samochodów. Sprawdzano nawet to, czy na funkcjonowanie elektronicznie sterowanej przepustnicy nie mogły mieć wpływu zakłócenia sygnału polem elektromagnetycznym, w którym przypadkowo znalazł się samochód. Nie wykryto żadnego potencjalnego źródła zakłóceń na tyle silnego, by powodowało otwarcie przepustnicy. Nie było też błędów w oprogramowaniu. Udało się natomiast potwierdzić, że doszło do kilku wypadków spowodowanych użyciem nieoryginalnych dywaników podłogowych, które blokowały pedał gazu. Zapytany przez dziennikarzy, w ilu przypadkach stwierdzono, że kierowcy pomylili pedały gazu i hamulca, rzecznik amerykańskiego oddziału Toyoty, Mike Michels, odpowiedział lakonicznie "Praktycznie we wszystkich".

Wersję Toyoty potwierdza eksperyment, który kilka miesięcy temu przeprowadzili dziennikarze polskiego wydania miesięcznika "Auto Motor i Sport".

Czarny PR?

Przypadek Toyoty do złudzenia przypomina inny z 1986 r., kiedy to "oskarżono" Audi 5000 S (amerykańska wersja Audi 100 III generacji) o to, że samo rusza. Nigdy nie opublikowano żadnych danych, które potwierdzałyby prawdziwość oskarżeń. Reputacja Audi w USA mocno wtedy jednak ucierpiała.

Wygląda więc na to, że gigantyczna akcja przywoławcza zarządzona przez szefów Toyoty w związku z alarmistycznymi doniesieniami, od których się roiło w amerykańskich mediach, była bezprzedmiotowa.

Należy pamiętać, że zarówno Toyota, jak i Audi są koncernami spoza USA.

— Nie snujemy żadnych domysłów. Efektem całej tej awantury z pedałem gazu było, poza stratami wizerunkowymi i finansowymi, powołanie do życia w koncernie globalnego komitetu do spraw jakości, w skład którego wchodzą nie tylko przedstawiciele Toyoty, ale również ponad setka inżynierów spoza koncernu — opowiada Robert Mularczyk z Toyota Motor Poland.

Dodaje, że w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2010 r. w Polsce Toyota nie ogłaszała żadnych akcji przywoławczych.