Wszyscy i tak wszystko wiedzą

Jacek Zalewski
opublikowano: 2011-08-01 00:00

Badania opinii już potwierdziły, że większości obywateli ogłoszony w piątek "Raport końcowy z badania zdarzenia lotniczego nr 192/2010/11 samolotu Tu-154M nr 101 zaistniałego dnia 10 kwietnia 2010 r. w rejonie lotniska Smoleńsk Północny" nie był potrzebny. Od ponad roku specjalistów pilotażu jest przecież w Polsce więcej, niż lekarzy w czasach królewskiego błazna Stańczyka. O przyczynach tragedii wszyscy i tak wszystko wiedzą, a 9 października przełożą to na decyzje wyborcze.

Należę do promillowej części społeczeństwa, która wgryzła się w 328 stron raportu i jeszcze 107 stron załączników. Fragmentami zainteresowany byłem osobiście, jako że miałem okazję lądować w Smoleńsku w środę 7 kwietnia 2010 r. (wizyta premiera). Poza tym wśród przykładów dawnych lotów, gdy najważniejsi dygnitarze państwa wymuszali na wojskowych pilotach przekraczanie limitów pracy, także się "odnalazłem". I pamiętam choćby napięte szczyty Rady Europejskiej w Brukseli, kończące się czasem nad ranem. Politycy i dziennikarze wsiadali do samolotu skonani, ale nie zastanawiali się, jak ciężki stres oczekiwania, nawet w dobrym hotelu, znosiła dyspozycyjna w każdej chwili załoga.

Proceder łamania procedur od lat uprawiali wszyscy kolejni prezydenci, premierzy, marszałkowie, ministrowie obrony. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę również my, balast z ogona Tupolewa. Absolutnie nic się nie zmieniło także w okresie, gdy szefem osłaniającego loty kontrwywiadu wojskowego był… Antoni Macierewicz. A najbardziej ekstremalnym przykładem narażenia przez decydenta na niebezpieczeństwo i siebie, i wszystkich na pokładzie, była podróż premiera Jarosława Kaczyńskiego 28 kwietnia 2007 r. do Kataru i Kuwejtu. Wylot opóźnił się o trzy godziny przez pyskówkę w Sejmie. Tupolew znalazł się w wojennym korytarzu nad Irakiem nie o uzgodnionej porze przed godziną 22, lecz w środku nocy i został… cofnięty do Ankary, z nakazem czekania do rana. Obrażony premier wrócił do Warszawy. Wtedy maszynę Jarosława Kaczyńskiego zawrócił, na szczęście, bezlitosny amerykański dowódca obszaru. 10 kwietnia 2010 r., na nieszczęście, wystraszonych kontrolerów rosyjskich nie było stać na kategoryczne odesłanie ze Smoleńska samolotu Lecha Kaczyńskiego.