Wszystko jedno, kto, ważne - co

Jacek Zalewski
opublikowano: 13-06-2007, 00:00

Do ogromnej nerwówki, jaką w Brukseli, a zwłaszcza w Berlinie wywołuje polskie stanowisko wobec systemu liczenia unijnych głosów, bracia Kaczyńscy dodali narzędzie z arsenału wojny psychologicznej — otóż jeszcze nie ogłosili, który z nich pojedzie 21 czerwca do Brukseli na szczyt Rady Europejskiej.

Podział międzynarodowych kompetencji między ośrodkami władzy w Polsce był od wielu lat konstytucyjnie i zwyczajowo ułożony — prezydent jako zwierzchnik sił zbrojnych obstawiał NATO, Unia Europejska zaś stała się absolutną domeną premiera. Tak trwało przez całą III RP (z dwoma wyjątkami, gdy Aleksander Kwaśniewski wszedł w szkodę Leszkowi Millerowi) oraz w początkach IV RP. Kazimierz Marcinkiewicz zakochał się w unijnych igrzyskach i było wręcz niewyobrażalne, aby reprezentowanie kraju w Brukseli oddał prezydentowi. Sytuacja istotnie zmieniła się po objęciu szefostwa rządu przez Jarosława Kaczyńskiego. Od czasu energetycznego szczytu w Lahti bracia sobie uzgodnili, że prezydent Lech Kaczyński przejmuje przewodnictwo polskich delegacji i w NATO, i w UE.

A zatem udział premiera, a nie prezydenta w zapowiadającym się burzliwie szczycie byłby tylko powrotem do normalności. Notabene szef rządu podał argument, że jeśli będzie szło ku konfrontacji, to on oszczędzi głowę państwa i sam „da twarz” starciu, które może zakończyć się nawet polskim wetem. Zwracamy uwagę, że jeśli tak by się stało, to rozsierdzonej klasie politycznej UE byłoby wszystko jedno — tak czy owak, zapamiętałaby Kaczyńskiego.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu