Stosunkowo niedawno miałem okazję oglądać historię portfela inwestycyjnego pewnego łodzianina, który część (a może całość — tego do końca nie wiem) wcale niebagatelnych oszczędności swojego życia postanowił pomnożyć z wykorzystaniem najnowszego dorobku młodego polskiego kapitalizmu — rynku kapitałowego. Ponieważ zajmował się zupełnie czym innym, a emerytura była coraz bliższa (myślał, by urzeczywistnić wizje z reklam funduszy emerytalnych, które pokazywały szczęśliwych emerytów na słonecznych plażach południa czy alpejskich stokach) i nie znał się na mechanizmach rządzących rynkiem kapitałowym — swoje pieniądze powierzył jednemu ze znanych, wiodących funduszy inwestycyjnych.
Wielkie było moje zdziwienie wynikami, jakie osiągnęli specjaliści od zarządzania finansami, ale jeszcze większe budziła strategia, która ich do tych wyników doprowadziła. Otóż portfel, prowadzony przez sześć lat, którego zasobność nijak tego nie uzasadniała, składał się w różnych okresach z akcji od 15 do 20 różnych spółek giełdowych — i nie tylko. O niektórych z nich, interesując się przecież nieco rynkiem kapitałowym, niewiele nawet słyszałem. Rozdrobnienie pojedynczych transakcji było wręcz niebywałe (kilka tysięcy złotych), co musiało znacząco rzutować na koszty towarzyszące. Ale szokujący był wynik końcowy. Dla rynku kapitałowego te sześć lat było różne: lepsze i gorsze, ale osiągnięcie łącznego wyniku poniżej 100 proc. wzrostu to prawdziwy powód do wstydu. Przecież nawet zakup obligacji i zapomnienie o nich do takiego rezultatu zbliżał. Tymczasem wycena portfela końcowego była... około 20 proc. niższa niż wartość zainwestowana na początku.
W żadnym wypadku nie zachęcałbym do wyciągania z opisanego powyżej przypadku zbytnio uogólniających wniosków, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że coś tu jednak nie jest w porządku. Można zrzucać to na wyjątkowego pecha, splot okoliczności, wreszcie, że może ten konkretny zarządzający opiekujący się tym konkretnym portfelem był wyjątkowym nieudacznikiem, ale sprawa z całą pewnością wymagała wyjaśnienia. Podobnie jak historia opisana w reportażu „Grupa trzymająca giełdę”. Tu również rodzi się wiele znaków zapytania, wątpliwości... Ponieważ rzecz tyczy najbardziej delikatnej z delikatnych materii, pieniędzy mianowicie, opinie i sądy winny być ważone, a wątpliwości wyjaśniane ze szczególnym pietyzmem.
Poproszony o wyjaśnienie tamtej sytuacji z niefortunnym portfelem zarząd niefortunnego funduszu, po wszczęciu poufnej procedury, a przynajmniej poinformowaniu, że procedura została wszczęta, nie wykrył żadnych nieprawidłowości. Wszystko się zgadzało. Oprócz kasy oczywiście. Miejmy nadzieję, że powołane do tego instytucje opisaną w reportażu sprawę, czy nawet zjawisko, wyjaśnią jednak staranniej. Bo kasa się jednak nie zgadza, a to ma wpływ na opinię o całym rynku, na którym zaufanie jest zdecydowanie najbardziej wartościową walutą.