Druga tura wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów potwierdziła generalne personalne status quo w polskim samorządzie, które wyszło już po analizie wyników pierwszej tury z 16 listopada oraz składów rad i sejmików. Coraz bardziej apatyczny elektorat udowodnił tezę zapisaną w tytule. W momencie wysyłania tego komentarza nie dysponowałem jeszcze końcowymi wynikami, ale dane cząstkowe potwierdzały, że kandydat, który 16 listopada uzyskał najlepszy wynik, lecz nie przeskoczył progu 50 proc. — w dogrywce 30 listopada stawiał kropkę nad i.

Zjawisko to w szczególności dotyczyło ubiegających się o reelekcję na kadencję drugą, trzecią, czwartą… Jeśli doliczymy jeszcze okres sprzed 2002 r., gdy wójt/burmistrz/prezydent był przewodniczącym kolegialnego zarządu — dla niektórych zaczyna się piąta, szósta, siódma…
Dla wielu włodarzy dyshonorem była w ogóle konieczność… stawania do drugiej tury. Zwłaszcza, że w 2010 r. wygrywali od razu w pierwszej. Werbalnie nie dawali tego po sobie poznać, ale w oczach mieli wielki zarzut wobec mieszkańców: „Dlaczego okazaliście się takimi niewdzięcznikami, przecież robię dla was tak dużo, że powinniście mnie hołdowniczo namaścić od razu 16 listopada z wynikiem 70-80 procent”.
Potwierdza to, że nieograniczenie do dwóch kolejnych kadencji (z możliwością powrotu na stanowisko po czterech latach sanitarnej przerwy) sprawowania tak potężnej jednoosobowej władzy, zwłaszcza finansowo-inwestycyjnej, jaką ma w ręku wójt/burmistrz/prezydent — to paranoja i absolutne wypaczenie demokracji. I nie może być żadnych wyjątków, nawet takich jak np. prezydent Wojciech Szczurek w Gdyni.
Kiedyś w Stanach Zjednoczonych Ameryki uczyniono wyjątek dla trzeciego i czwartego wyboru Franklina D. Roosevelta na prezydenta, ze względu na nadzwyczajną okoliczność drugiej wojny światowej. Później jednak uznano, że nie może być żadnych wyjątków i liczbę kadencji ograniczono do dwóch w poprawce do konstytucji.
Niedawno miałem okazję zamienić w tej sprawie kilka słów z Leszkiem Milerem. Były premier obecnie bardzo słusznie lobbuje za wprowadzeniem ustawowego ograniczenia liczby kadencji dla władców gmin/miast, co weszłoby w życie oczywiście dopiero w 2018 r. Ale przecież bezpośrednie wybory gminne wprowadził w 2002 r. właśnie SLD, dysponujący wtedy w koalicji z UP i PSL miażdżącą przewagą w Sejmie. I nie zapisał od razu ograniczenia kadencji, co przeszłoby bez żadnych problemów. Wiadomo, że takie przepisy najłatwiej uchwalić od razu, bo później każda zmiana zawiera jakiś podtekst. Odpowiedź premiera była równie szczera, co szokująca bezradnością: „Nie przewidzieliśmy…”.
Ależ to właśnie politycy, dysponujący potężną władzą prawodawczą, są od tego, by przewidywać! Wszelkie przepisy pisze się przecież pod scenariusz najczarniejszy. Konstytucja RP np. nie stworzyła zbędnego stanowiska wiceprezydenta, ale doskonale uregulowała sytuację po nagłym odejściu prezydenta — co przećwiczyliśmy po tragedii smoleńskiej w 2010 r. Ustrojowi samorządu gminnego tego typu przewidujących przepisów zabrakło — i raczej nigdy nie zostaną wprowadzone.