Wycofałem się z Cersanitu

Anonimowy Inwestor
opublikowano: 2002-04-29 00:00

Mimo deklaracji sprzed tygodnia, jednak pozbyłem się akcji Cersanitu. Zadecydowały o tym dwa przeczytane przeze mnie artykuły, w wyniku czego nie wytrzymałem napięcia.

W jednym z artykułów zapoznałem się z historią dwóch firm z rynku amerykańskiego: Polaroida i Kaiser Industries. Na przykładzie pierwszej z nich autor artykułu „Rynkowe mądrości mogą wprowadzić w błąd” obalił mit mówiący o tym, że „papiery nie mogą już spaść niżej”. Chodzi o to, że w ciągu jednego zaledwie roku cena akcji Polaroida spadła o ponad 90 proc. Przy kolejnych, coraz niższych poziomach oporu specjaliści giełdowi zapewniali inwestorów, że dany pułap cenowy jest właśnie tym, z którego rozpocznie się odrabianie strat. Tymczasem rynek był głuchy na ich tytułowe mądrości i w ciągu 12 miesięcy akcje potaniały ze 143 do 14 dolarów. Jeżeli zaś chodzi o drugą z firm, to sytuacja była podobna, z tym tylko, że spadek nie był tak dotkliwy — „tylko” 60 proc. Moje zaniepokojenie wzbudził jednak fakt, że z fundamentalnego punktu widzenia, Kaiser był bardzo dobrą firmą o niskim zadłużeniu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że cena spadła z 11 do 4 dolarów.

Nieco przerażony sięgnąłem po kolejną gazetę, z której dowiedziałem się z kolei, że komisarz Unii Europejskiej ds. rynków wewnętrznych odradza Polsce powrót do negocjacji w sprawie wysokości podatku VAT w budownictwie. Gdyby polski rząd zdecydował się na ponowne otwarcie rozdziału, w którym zgodził się na 22-proc. stawkę podatku, mogłoby to pociągnąć za sobą adekwatną reakcję Unii w odniesieniu do innych, już zamkniętych rozdziałów i w konsekwencji, znaczne opóźnienie całego procesu wstępowania Polski do struktur „zjednoczonej” Europy. „Pozwólmy śpiącemu psu leżeć” — tak raczył się wyrazić Frederik Bolkenstein o kluczowej dla polskiego budownictwa kwestii wysokości podatku od wartości dodanej. Moim zdaniem, wynegocjowanie dłuższego okresu przejściowego jest obecnie dla polskich firm budowlanych sprawą życia lub śmierci.

Po lekturze całkowicie straciłem wiarę w możliwość sprawdzenia się rekomendacji BDM PKO BP oraz BM BGŻ. Pierwsza z nich mówiła, że w średnim terminie kurs Cersanitu powinien osiągnąć poziom 40,9 zł. Druga natomiast zapowiadała wzrost aż do 54,7 zł. Czuję się wpuszczony w maliny przez naszych specjalistów giełdowych. Po lekturze poniedziałkowej prasy postanowiłem, że dłużej nie będę w praktyce sprawdzał teorii, że „kurs już niżej spaść nie może” i to mimo faktu, że Cersanit ma bardzo dobre podstawy fundamentalne do wprost przeciwnego ruchu kursu. Nie zamierzam stawiać akcji Cersanitu w jednym rzędzie z Polaroidem i Kaiserem.

Całkowicie dobity stanowiskiem komisarza UE szybko złożyłem zlecenie sprzedaży wszystkich posiadanych akcji kieleckiej spółki na otwarciu sesji inaugurującej ubiegłotygodniowe notowania. Niech się dzieje co chce. Trudno, trzeba przełknąć gorzką pigułkę porażki. Już nawet przestałem je liczyć — tyle ich było. Zlecenie zostało zrealizowane po kursie 34,1 zł. Oznacza to, że na jednej akcji Cersanitu straciłem 1,7 zł. Sumarycznie (wraz z prowizjami) utopiłem w tym interesie ponad 130 zł. Może to niewiele, ale po co czekać aż będzie więcej?

Teraz będę musiał także chyba zweryfikować swoje optymistyczne nastawienie co do innej spółki z branży budowlanej w moim portfelu — Elektrobudowy. Na razie cena utrzymuje się w okolicach kursu, po jakim kupiłem 30 akcji spółki, ale w przypadku gdyby zaczęła gwałtownie tanieć, moja reakcja będzie błyskawiczna.