Dobre uczelnie amerykańskie oferują całkowite finansowanie dla studentów z zagranicy.
"Puls Biznesu": Co pana skłoniło do studiów MBA w USA?
Jarek Berndt, absolwent Tuck School of Business w Dartmouth, pracuje w Barclays Capital w Nowym Jorku: Były dla mnie bardziej egzotyczne niż w Europie. Chciałem zdobyć pracę na Wall Street w bankowości inwestycyjnej, a o to dużo łatwiej po amerykańskiej uczelni. Europejskie programy są tu słabo ropoznawalne. Ludzie z firm z sektora finansowego przyjeżdżają na kampus do Dartmouth, by rekrutować pracowników. Po sześciu miesiącach na uczelni miałem oferty z Lehman Brothers, JP Morgan i Morgan Stanley. Poza tym większość programów w Europie trwa rok, a ja wolałem dwuletni.
Jak opłacić takie studia?
Korzystałem z oszczędności — na życie i z pożyczki studenckiej na czesne. Dostałem też stypendium z Tuck w postaci obniżki czesnego o około 25 proc. Dobre szkoły w USA oferują pełne finansowanie dla zagranicznych studentów, a w Europie jest z tym dużo trudniej. Ale większy jest problem ze znalezieniem dobrej pracy, żeby szybko spłacić studencką pożyczkę. Wiele firm z sektora finansowego niechętnie zatrudnia zagranicznych studentów ze względu na ograniczenia wizowe i koszty. Wielu znajomych musiało wrócić do Europy, co na ogół wiąże się z niższymi zarobkami.
Co panu dały te studia?
Pozwoliły mi znaleźć pracę na Wall Street w bankowosci inwestycyjnej, co było moim głównym celem. Nie miałem z tym problemów głównie dzięki renomie Tuck w tym sektorze i ze względu na moje doświadczenie przed MBA.
Co by pan poradził kandydatom na MBA za granicą?
Trzeba się jak najwięcej dowiedzieć o każdej szkole: w jakich sektorach jest silna, jaki rodzaj studentów przyciąga, w jakich branżach absolwenci znajdują pracę.