Publicznie oskarżany o korupcję reaguje ostro: to oszczerstwa! Kto zatem uderza w Michała Borowskiego, naczelnego architekta Warszawy?
„Puls Biznesu”: Ponad rok temu pytaliśmy: często proponują panu łapówki? Powiedział pan: „Takie propozycje dostaję, ale chyba wszyscy wiedzą, że ze mną się nie da”. Z ostatniej serii tekstów „Rzeczpospolitej” i „Życia Warszawy” wynikałoby, że jednak się da. Oszukał nas pan?
Michał Borowski: W miniony piątek złożyłem pozew. To oszczerstwa!
Skąd się wzięły?
Komuś zależy, żeby mnie wykończyć. Dla wielu deweloperów i architektów jestem osobą niewygodną. Nie można też wykluczyć, że to element brudnej kampanii wyborczej. Prowadzę i realizuję politykę prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Atakowanie mnie jest pośrednim uderzeniem w prezydenta. W jakich proporcjach te dna są zmieszane? Nie wiem. Wszystkie tezy zawarte w opublikowanych tekstach dokładnie opisałem w odpowiedziach, których obu redakcjom udzieliłem na piśmie — za pokwitowaniem. W żadnym z artykułów nie znalazłem odzwierciedlenia tego, co przekazałem dziennikarzom. Świadomie pominięto moje argumenty.
Konkretnie?
Przykład: pisano o pozwoleniu wydanym niezgodnie z prawem w przypadku Zaułku Piękna. Twierdzenie, że coś takiego dzieje się w Biurze Naczelnego Architekta Warszawy, jest niesłychane! Istnieje za to wiele dowodów, że rzeczone pozwolenie zostało wydane zgodnie z przepisami. Jestem czysty!
Jakieś półtora roku temu wśród warszawskich radnych rozeszły się materiały na pański temat, skrzętnie przygotowane przez jednego z wrogich panu deweloperów. Ponoć część z nich znalazła się w tekstach „Rzeczpospolitej”.
Trudno tego nie zauważyć. Miasto miało z tym deweloperem różnego rodzaju trudności. W moim przypadku był to opór związany z projektem na rogu Kazimierzowskiej i Różanej. Ktoś mógł mieć swoje powody, by żywić do mnie pretensje. Ale te sprawy jakoś się wyjaśniły... Chyba nie należy się koncentrować wyłącznie na tej firmie. Takich spraw (projektów i deweloperów) jest jeszcze w Warszawie kilka. Przy czym nie mam absolutnie żadnych dowodów, że zachodzą związki między deweloperami a artykułami w gazetach. To po prostu projekty, które nie powinny być realizowane. Jednym z nich jest wyburzenie hali na Koszykach. Innym jest projekt inwestycji naprzeciwko sklepu Wedla przy ul. Przeskok — stumetrowy wieżowiec w centrum przedwojennej Warszawy? Albo deweloperzy zajmujący się obiektami handlowymi typu supermarkety. Też mogą mieć wiele żalu. Nie tyle do mnie, co do prezydenta, bo jego polityka jest taka, by więcej pozwoleń na budowę im nie wydawać, żeby handel w centrum miasta nie podupadł zupełnie.
Dlaczego sprzedał pan kamienicę przy Foksal 15 w trakcie pełnienia funkcji urzędniczej?
Użytkowanie wieczyste gruntu, którego byłem właścicielem, było i jest związane aktem notarialnym z rozpoczęciem budowy. Kupiłem tę kamienicę, zanim zostałem naczelnym architektem. Wtedy nie było ani nowego ustroju Warszawy, ani prezydenta Kaczyńskiego. I nawet mi się nie śniło, że będę pracował w ratuszu. Jak już się tym naczelnym stałem, dołożyłem wszelkich starań, ażeby po uzyskaniu pozwolenia na budowę (którego sam sobie nie wydawałem, wystawił je wojewoda!) jak najszybciej ją sprzedać.
Co by się stało, gdyby pan tego nie zrobił?
Musiałbym robić remont — pod rygorem utraty użytkowania wieczystego. Jako naczelny architekt? Proszę sobie wyobrazić, żebym to zrobił i zaczął sprzedawać mieszkania. To by dopiero było! Chciałem to sprzedać wiarygodnej firmie. Wydawało mi się, że Ghelamco jest dosyć sprawnym deweloperem.
Nie uważa pan, że to posunięcie było co najmniej niezręczne?
Miałem pozwolenie i akt notarialny nabycia nieruchomości, który zobowiązywał mnie do terminu rozpoczęcia i zakończenia budowy. Wyprowadziłem lokatorów. Jednocześnie byłem naczelnym architektem. I co? Jak miałem tego nie sprzedać?
Dlaczego akurat Ghelamco?
Bo się zgłosili, dali dobrą cenę i miałem do nich zaufanie. Jest pośrednik, który ich przyprowadził — nazywa się Łukasz Głębowicz. Chętnie odpowie na wszystkie pytania. Chętnych znalazło się zresztą wielu. Była firma hiszpańska, z którą doprowadziłem negocjacje właściwie do podpisania aktu notarialnego. W ostatniej chwili się okazało, że firma Ghelamco dała troszeczkę korzystniejsze warunki. Nie było w tym nic złego. Hiszpanie w końcu kupili inną kamienicę — na rogu Zgody i Brackiej. I jeszcze jedno: pozwolenia na budowę i decyzję o warunkach zabudowy w stolicy wydaje się na podstawie pełnomocnictwa prezydenta miasta. Takich pełnomocnictw jest w mieście około 20. Każdy z posiadaczy ma własną pieczęć i odpowiedzialność. W przypadku firmy Ghelamco nie podpisywałem żadnych pozwoleń. Ich pozwolenia podpisywały inne osoby — przy kamienicy Foksal 15 dyrektor Tomasz Zemła. To nie ja wydaję w Warszawie 20 tys. decyzji rocznie! Tylko kilka z nich podpisywałem.
Ale pewnie pan dobrze wie, że o Ghelamco różnie się mówi. Niedawno pisaliśmy o ich inwestycji w Raszynie. W ramach tworzenia „dobrego klimatu inwestycyjnego” przekazali gminie kilkaset tysięcy złotych — „na park”…
Mogę oceniać Ghelamco przez pryzmat działalności w Warszawie. O Raszynie nic mi nie wiadomo.
Sprzedał pan spółkę Kom szwajcarskiej firmie Universal Project. Firmie, która prawdopodobnie nie istnieje… Dlaczego nie umie pan tego wyjaśnić?
Po pierwsze: nikt mnie o to wcześniej nie pytał. Po drugie: umiem wyjaśnić — mimo że było to w 2001 roku i nie ma nic wspólnego z tym, co się dzieje teraz. Każdemu zainteresowanemu dziennikarzowi mogę podać namiary na reprezentanta szwajcarskiej spółki. Znam doskonale jego adres. Zresztą dziennikarze „Rzeczpospolitej” też. Ale oni się z nim nie kontaktowali — sprawdzałem to.
Pański kontakt z Wiaczesławem Smołokowskim ze spółki J&S… W 2001 r. sprzedał mu pan kamienicę przy Wilczej za 178 tys. zł. Resztę należności, ponad 4 mln zł, miał oddać — i co? Dlaczego nie chce Pan tego komentować?
Skomentowałem, ale nie opublikowano tego. Oczywiście ta kwota została przelana na konto spółki, której ta wierzytelność się należała. Dokładnie wiadomo kiedy, jak i komu zapłacono. Zarzucanie Smołokowskiemu, że się nie wywiązuje ze zobowiązań finansowych to kpina.
Robił pan interesy z osobą kojarzoną z aferą Orlenu…
To właśnie fantastyczne w pisaniu... Sęk w tym, że przy transakcji sprzedaży nieruchomości na ul. Wilczej Smołokowski występował jako osoba prywatna.
No i spółki, które do pana należały przed objęciem stanowiska naczelnego architekta Warszawy. Przepisał je pan na mamę, która trzy miesiące później — nagle — zmarła. Postępowanie spadkowe i znów są pana — sprytnie…
Snucie takich domysłów to zwykłe chamstwo! Byłem jedynym spadkobiercą. Od razu jedną sprzedałem, dwie pozostałe postawiłem w stan likwidacji. Co miałem zrobić?
Postać Jana Grochowskiego. Co pan ma do powiedzenia?
Bardzo dużo. Pracował u mnie w Sztokholmie. Znamy się bardzo dobrze od 1976 roku. Znam i jego żonę — Ewę Grochowską, której nabywałem materiał na suknię ślubną w 1978 roku. To moi przyjaciele. Jan Grochowski pracował w moim biurze w Warszawie i było naturalne, żeby on je przejął w momencie, kiedy zostałem naczelnym architektem. Ale nigdy nie był moim wspólnikiem, zawsze u mnie pracował. Gdy przejął Dom Architektury, stał się jego właścicielem.
Zatrudnił pan Ewę Grochowską?
Jest doktorem w katedrze urbanistyki Politechniki Warszawskiej. Ze względu na wysokie kwalifikacje i przyjaźń zawsze z nią współpracowałem. Dołożyłem też starań, by została zatrudniona przez prezydenta, ponieważ jest osobą bardzo cenioną i świetnie znającą się na rzeczy. I bardzo się cieszę z tego powodu.
Pani Grochowska pracowała w Domu Architektury?
Nie pracowała, bo na liście zatrudnionych nie figurowała. Ale nawet gdyby tak było, to co? Każdy gdzieś pracował wcześniej. Nie widzę najmniejszych przeciwwskazań, by ktoś kto, jest świetny w swoim zawodzie, został przeze mnie zatrudniony. A to że ją znam? Właśnie dlatego ją zatrudniłem.
Faworyzował pan zleceniodawców swej byłej firmy?
Spośród 40 tys. decyzji podjętych w ciągu dwóch lat mojego urzędowania Dom Architektury był autorem 2 projektów z wnioskiem o pozwolenia na budowę i może 2 projektów o warunki zabudowy. Dokładnie nie pamiętam... Pisanie, że tę spółkę faworyzuję, jest po prostu śmieszne.
A pozwolenia dla Bouyagues?
Rzeczywiście, istnieje pozwolenie — jedno z dwóch, o które wystąpił Bouyagues i autorem projektu jest Dom Architektury. Trwa postępowanie w sprawie wystawienia pozwolenia zamiennego, które jeszcze nie zostało wydane.
A sprawa Miasteczka Wilanów?
Nie prowadzimy żadnego postępowania administracyjnego do projektu, który wykonuje Dom Architektury w Miasteczku Wilanów lub na terenach inwestycyjnych Prokomu.
Teraz kwestia pana Leo Turno. To prawda, że wręczył mu pan gotową koncepcję Domu Architektury na stadion narodowy?
Kompletny nonsens! Sam Turno mnie zapewnił, że nigdy tak nie twierdził. Miasto powołało Leo Turno na szefa spółki mającej na celu przygotowanie materiałów przetargowych na stadion. Z kim miał się kontaktować Turno, jeśli chodzi o eksploatację terenów zielonych przy Łazienkowskiej? Tylko ze mną. Przeprowadziliśmy — ja wiem? — z kilkadziesiąt rozmów. Za którymś razem okazało, się, że jednym z zadań jest przygotowanie materiałów do warunków zabudowy stadionu narodowego. Mogłem mu powiedzieć, że wiem, iż w mojej byłej firmie jest kilku facetów, którzy kiedyś współpracowali z prof. Wojciechem Zabłockim, specjalistą od terenów sportowych. Ale rzuciłem też kilka innych nazwisk. Turno zanotował to i sam zadecydował. Nie miałem żadnego wpływu na jego decyzję i żadnego projektu gotowego na 100 proc. nie miałem!
Nie zauważa pan tu żadnego zgrzytu? Przecież polecał pan swą byłą spółkę.
W tym roku kupiłem usługi projektowe dla miasta za jakieś 10 mln zł. Od różnych architektów. Jeżeli coś zlecam komuś, kogo znam, i wiem, że zrobi to dobrze, tanio i szybko, to nie waham się tego zrobić. Dla mnie ważna jest jakość i cena pracy, a nie to, czy kogoś znam, czy nie! Byłem na roku ze Stefanem Kuryłowiczem. Czy w związku z tym mam mu nie dawać zleceń? Znam Jerzego Szczepanika Dzikowskiego z firmy JEMS Architekci — też mam z nim nie współpracować? Mogę jeszcze wymienić nazwiska kilkudziesięciu innych architektów. Fakt, że spółka była kiedyś moją własnością — nie ma znaczenia. Mało tego! Po moim odejściu jej obroty spadły w roku 2004 poniżej 1 mln zł (w latach 2001- -02 przekraczały 1,5 mln zł!). To — moim zdaniem — najlepszy dowód, że nie ma podstaw, by twierdzić, że jest faworyzowana.
Myśli pan, że jeszcze coś się ukaże na pański temat — jakieś kolejne sensacje?
Nie mam zielonego pojęcia! Nie wiem, co by to jeszcze mogło być. Można na przykład napisać, że jestem w trakcie nabywania mieszkania… I teraz dlaczego od tego dewelopera i za taką cenę? Tak można bez końca...
A sprawa parku Dreszera na Mokotowie — mówi to panu coś?
Dawno temu dyskutowaliśmy na temat, jak ma wyglądać kawiarnia Zielnik. Wiem, że Biuro Ochrony Środowiska planuje rewaloryzację parku i jego upiększenie. Jest tam jeszcze sporo rożnych innych budek od strony Puławskiej. Moje biuro wyraziło opinię na ten temat: większość z nich należy zlikwidować. A kawiarnia Zielnik — zamiast tych ohydnych parasoli reklamowych — mogłaby mieć architekturę ogrodową. Ale jakiego typu przekręt miałby tam być? Nie mam pojęcia.
Brzydko mówiąc: „zrobił pan dobrze” Zielnikowi.
W jaki sposób?
Wywalając na bruk konkurencję.
Rozmowy trwają od dwóch lat, lecz oficjalnego projektu budowlanego i decyzji typu postanowienie albo pozwolenie na budowę — według mojej wiedzy — nie ma. Poza tym podstawą do prowadzenia takiej działalności jest posiadanie tytułu do dzierżawy. Wydaje to delegatura biura nieruchomości na Mokotowie — i nie mam z tym nic wspólnego. Ja tylko się wypowiadam na temat tego, jak coś zrobić, żeby było ładnie. Budki z piwem i kioski na 2-3-letnich dzierżawach są hańbiące dla stolicy. Osobiście uważam, że można taki park zagospodarować tak, by kulturalnie napić się tam kawy, zjeść ciastko i zrobić siusiu…
Zdarzyło się panu w Zielniku wypić kawę i…
Nie raz. Ale jak będziemy tak rozmawiać, do niczego nie dojdziemy. To wszystko pomówienia. Jeżeli ktoś uważa, że robię coś złego — łamię prawo… Niech idzie z tym do prokuratury! Nie mam sobie nic do zarzucenia!
I zostaje pan na stanowisku?
Nie mam żadnych innych planów, niż kontynuować, co zacząłem. Wracam z urlopu i biorę się do roboty.
Co z działalnością komercyjną? Zaprzestanie pan?
Nie prowadzę takowej. I nie będę prowadził, bo mi nie wolno.
Michał Borowski, naczelny architekt miasta