Wynalazek musi dać się pomacać

Joanna Barańska
opublikowano: 2007-02-02 00:00

Jak traktować coś z pogranicza własności intelektualnej i przemysłowej, czyli oprogramowanie? Patentować?

A jeśli tak, to ile płacić za okno dialogowe czy pasek dostępu? Grosz, sto złotych? Przecież każdy to ma w komputerze. A co z linuksowcami, którzy udostępniają programy darmo i jeszcze się tym chwalą? Co z przeglądarką Microsoftu: trzeba kupić z Windowsami, a potem nie używać, bo są lepsze, darmowe? I czy to patentowanie się w ogóle opłaca?

Amerykański urząd patentowy twardo twierdzi, że tak. I za nic ma przy tym liczne przeciwstawne opinie, choćby Federalnej Komisji Handlu, uznającej, że patentowanie oprogramowania niszczy i konkurencję, i postęp techniczny. Europejski Urząd Patentowy (EPO) patentuje programy, choć na ogół nie czynią tego urzędy poszczególnych krajów. I tu dochodzimy do definicji wynalazku: to rozwiązanie techniczne, niewynikające w oczywisty sposób z obecnego stanu techniki. Dla naszego Urzędu Patentowego „technika” musi mieć postać materialną. A jak tu materialnie zobrazować ciąg zer i jedynek?

Dziewięć lat temu Philips zgłosił w Polsce wynalazek. Przed czterema laty Urząd Patentowy uznał, że wynalazek wynalazkiem nie jest — i odmówił patentu. Dzieło polegało na „sposobie cyfrowego zapisu informacji na nośniku, zwłaszcza na płycie CD, gdzie nagranie realizuje się podczas sesji nagraniowej”. Czyli — w skrócie — chodziło o przedzielanie bloków zapisu kodem identyfikacyjnym urządzenia czytającego płytę, co zabezpiecza zapis przed skopiowaniem. Philips zgłosił sam sposób zapisu i nośnik (płytę). Patentu na nośnik od razu mu odmówiono, a sposób rok temu trafił przed sąd.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (WSA) zgodził się z urzędem, że patent się nie należy. — Nie ma definicji techniki, ale jest ustalony pogląd, że technika to oddziaływanie na materię — mówiła sędzia Jolanta Królikowska-Przewłoka, odrzucając pogląd Philipsa, że dane zapisane na płycie da się jakoś zobaczyć — pod mikroskopem ujrzę, że płyta nie jest pusta, więc jakieś tam „oddziaływanie materialne” wynalazek ma.

Sąd raz jeszcze zajmie się techniką i materią. Kilka dni temu Naczelny Sąd Administracyjny, do którego odwołał się Philips, zwrócił sprawę do ponownego rozpoznania. I postąpił sprytnie: nie wnikał w meritum, lecz nakazał WSA wziąć pod uwagę rozbieżności doktrynalne między EPO i UP. Spór wraca zatem do korzeni, do definicji, do tego, czy wynalazek można wziąć w rękę, aby był wynalazkiem, czy wystarczy sama „myśl”. Nawet widoczna pod mikroskopem.

Joanna Barańska