Zgodnie z tym, co od wielu dni pisaliśmy wręcz do znudzenia — wniosek Prawa i Sprawiedliwości o skrócenie kadencji Sejmu trafił wczoraj do kosza. W środowym „PB” przepowiedziałem, że „nie tylko nie otrzyma konstytucyjnych 307 głosów, ale pewnie nawet... zwykłej większości i przepadnie w proporcji 210:240”. I tak dziennikarskie słowo stało się sejmowym ciałem — wynik głosowania brzmiał 206:236, przy 6 głosach wstrzymujących się i 12 posłach nieobecnych (ci również nie chcieli skrócenia kadencji).
Trzecie w dziejach Sejmu podejście do samorozwiązania dało najgorszy wynik — w poprzedniej kadencji 30 kwietnia 2004 r. za oddano 231 głosów, a niemal rok temu, 5 maja 2005 r., sporo więcej — 255. Wczorajszemu wynikowi trudno się dziwić, albowiem wniosek PiS nie miał sensu merytorycznego, a jedynie służył grze politycznej: po prostu partia braci Kaczyńskich zamierzała w zorganizowanych natychmiast wyborach zdobyć dużo więcej mandatów, może nawet 231...
Debata przed samym głosowaniem przebiegała znacznie spokojniej, niż w minionych dwóch tygodniach. Może to efekt oczekiwania na Wielkanoc, może jeszcze echo obchodów rocznicy śmierci Jana Pawła II? W każdym razie nie było aż tylu pyskówek, ile powszechnie się spodziewano. Ba, Donald Tusk zwrócił się z wyciągniętą ręką do przywódców PiS. Jarosław Kaczyński zawczasu uszedł z sali obrad, dlatego p.o. ręki prezesa była ręka szefa klubu, Przemysława Edgara Gosiewskiego.
Lejtmotywem debaty było wzajemne wpychanie politycznych konkurentów w czyjeś ramiona. PiS usilnie wmawiało natomiast PO mariaż z SLD, PO i SLD demaskowały zaś koalicję PiS z Samoobroną. Sam Jarosław Kaczyński po raz n-ty przedstawił plan odnowienia związku PiS z PO, ale chyba sam w to nie wierzy. Najbliższy weekend powinien przynieść odpowiedź, jakie partie zostaną laureatkami castingu ogłoszonego przez PiS i wejdą do koalicji rządowej. Pozycja Samoobrony wydaje się pewna, tym trzecim natomiast zapewne okaże się najmniejszy w Sejmie klub PSL.