Polscy hodowcy siedzą na tykającej bombie zegarowej. Zgodnie z ustawą przeforsowaną jeszcze w poprzedniej kadencji, w sierpniu wchodzi w życie zakaz importu paszy opartej na surowcach modyfikowanych genetycznie, czyli GMO (Genetically modified organisms).
Zwolennicy uczynienia z Polski strefy wolnej od GMO ochoczo przyklasnęli temu rozwiązaniu. Ale wielu z nich już dostrzega absurd uchwalonej regulacji. Za cztery miesiące tysiące polskich hodowców drobiu i trzody chlewnej nie będą mogły stosować paszy opartej na modyfikowanej śrucie sojowej. Pozostanie więc korzystać z paszy bez GMO, ale dużo droższej, skutkiem czego wzrosną ceny polskiego mięsa — może nawet o 40 procent. Rezultat łatwy do przewidzenia: do sklepów trafi mięso z zagranicy, a polscy producenci będą bankrutować. Dodajmy, mięso od zwierząt karmionych za granicą paszą z GMO, bo nie zamkniemy przecież granic dla towarów z UE.
Polscy producenci przygotowani są do zasypania sądów pozwami o odszkodowania. Skoro państwo skazuje ich na bankructwa, to państwo winno im za szkody zapłacić. Do tego dochodzi perspektywa wielomilionowej (w euro) kary nałożonej przez Komisję Europejską, jako że wspomniane przepisy sprzeczne są z prawem wspólnotowym. Nie ma zatem czasu do stracenia — parlament musi jak najszybciej uchwalić nowelizację, która usunie z ustawy przepis skazujący na zagładę polskie rolnictwo. Prace nad projektem takiej ustawy wciąż jeszcze nie wyszły poza fazę konsultacji. Pozostaje wierzyć, że nie tylko hodowcy zdają sobie sprawę z upływu czasu.
Leszek Kawski, dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa