Czy 24-letni kielczanin zostanie skazany za to, że ściągnął z internetu przedpremierową wersję teledysku? Jeszcze nie wiadomo, ale już okrzyknięto go przestępcą.
Gorące lato 2005. Lipiec. Do oficjalnej premiery singla „Precious” z najnowszej płyty Depeche Mode „Playig The Angel” jeszcze tylko trzy miesiące. Fani electro popu umierają ze zniecierpliwienia... Nagle w sieci pojawia się teledysk: szkic parowca — różne rzuty. W podkładzie znajomo brzmiące dźwięki zimnego, smutnego syntezatora. Blue box. Kamera na długim ramieniu sunie do Dave’a Gahana. Po drodze zahacza o gitarę Martina Gore’a. Jest i Andy Fletcher. Kręcą się na obrotowej scenie… Charyzmatyczny wokalista nostalgicznie: „Precious and fragile things/Reed special handling/My God, what have we done to you?/We always tried to share/ The tenderest of care/Now look what we have put you through”.
Ściemnia się. Na ekranie napis: „close up of lamps passing by with lens flares”. I tak dalej…
W ciągu kilku minut nieskończone dzieło niemieckiego reżysera Uwe Flade trafiło w ręce tysięcy „Depeszów”.
Skandal
W serwisie internetowym świętokrzyskiej policji pojawia się komunikat datowany „17 sierpnia 2005 r.” (wciąż tam widnieje). Tytuł: „Zatrzymany przestępca internetowy”. Treść: „Zespół do walki z Przestępczością Intelektualną i Internetową Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach zatrzymał 24-letniego mieszkańca Kielc, który nielegalnie pobrał plik z serwera niemieckiej firmy będącej producentem wideoklipu zespołu Depeche Mode z najnowszym utworem muzycznym. Do pliku był dostęp poprzez stronę internetową. Aby uzyskać do niej dostęp, niezbędne było posiadanie pełnego jednolitego lokalizatora zasobów. Był on znany jedynie pracownikom firmy producenckiej. Pomimo zabezpieczeń osoba niepowołana (24-letni kielczanin) zdołał pokonać zabezpieczenia. Właściciel praw do nagrania po przeanalizowaniu rejestrów z serwera stwierdził, że było aż czterdzieści prób, zanim plik został odnaleziony i pobrany. Jak ustalono, kielczanin pobrał plik z przedpremierowym utworem i umieścił go na ogólnodostępnej stronie. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że łączenia z serwerem niemieckiego producenta pochodziły z adresu przydzielonego na terenie Kielc. Ponadto pozostawione w sieci internetowej ślady doprowadziły do 24-letniego mieszkańca Kielc. Podczas przeszukania miejsca zamieszkania zabezpieczono dwa komputery oraz nośniki CD. Biegli sprawdzą, czy znajdowały się na nich nielegalnie pobrane pliki. Prawowici właściciele praw autorskich i producenckich do nagrania zespołu Depeche Mode określają swoje potencjalne straty na kwotę 130 tys. funtów angielskich. Prowadzący sprawę policjanci przypuszczają, że młody człowiek popełnił przestępstwo (z art. 116 i 117 ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych) nieświadomie, ale nie zwalnia to go od odpowiedzialności karnej. Wszyscy użytkownicy internetu będący zwolennikami nie autoryzowanego ściągania z sieci różnych dóbr intelektualnych powinni tę sprawę — o charakterze międzynarodowym — potraktować jako swoistą przestrogę”.
Tego samego dnia media podnoszą larum! Najpierw Polska Agencja Prasowa, potem m.in.: Onet, „Gazeta Wyborcza”, Radio Zet, Telewizja Polska informują o kielczaninie — hakerze, przestępcy, złodzieju itp. — który wykradł nieskończony teledysk Depeche Mode.
Mija kilka godzin i sprawa nabiera charakteru międzynarodowego. W BBC przerażony Jeremy Banks, szef międzynarodowej organizacji antypirackiej IFPI’s Internet Anti-Piracy Unit:
— Już nawet materiały przedpremierowe mogą być nielegalnie ściągnięte i rozpowszechnione w ciągu kilku godzin. Tego typu piractwo internetowe bardzo istotnie zaburza funkcjonowanie całego cyklu inwestowania w przemysł fonograficzny.
I kawał muzycznego świata skierował wzrok na Kielce!
Jan Bałdyga, koordynator grupy antypirackiej w Związku Producentów Audio Video (ZPAV):
— Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożył ZPAV w imieniu wytwórni EMI. Od nich dotarła do nas informacja, po weryfikacji zdecydowaliśmy się na podjęcie działań. Sprawa trafiła do prokuratury. W czynnościach procesowych uczestniczy wskazany przez EMI UK pracownik.
— Ale stroną oskarżającą jest ZPAV?
— Tak. Ze zniecierpliwieniem czekam na następny krok procesowy w tej sprawie.
Pukanie
19 lipca 2005 r. — jakoś po godzinie 16. Michał jak zwykle siedział przy komputerze, miał odpalony internet. Gadał z ludźmi na forum Depeche Mode. Ktoś rzucił, że nowy klip będzie robił Uwe Flade.
— Wpisałem w Google nazwisko reżysera. Pierwszy link to była jego strona. Stamtąd trafiłem na sajt niemieckiej firmy QFilmproduktion. Przełączyłem na język angielski. W prawym górnym rogu była wyszukiwarka, to wpisałem: Depeche Mode. Drugim linkiem, który mi wyskoczył, był ten teledysk i komenda „pobierz teraz”. Pobrałem. Poczekałem. Odpaliłem. Patrzę — „Precious”! Ucieszyłem się, wróciłem na forum i napisałem, że na stronie QFilmu umieścili cały teledysk. Kilka osób pobrało i tak się rozeszło na cały świat. A wieczorem news w serwisie muzycznym Side-Line: „Doszło do niekontrolowanego wycieku najnowszego klipu Depeche Mode w wersji roboczej” — szczegółowo relacjonuje wystraszony chłopak.
Dyskusja na polskim forum „Depeszów” trwała jeszcze kilka dni. Komentowano, że w QFilm nie zabezpieczył dobrze pliku i ktoś z tej wytwórni pewnie za to „beknie”.
— I tyle. Zapomniałem o wszystkim na śmierć. Nawet mi do głowy nie przyszło, że mogłem być pierwszy. W życiu! Z takich Kielc?
17 sierpnia o szóstej rano musiał sobie przypomnieć.
— Pukanie do drzwi. Mama otworzyła, obudziła mnie. Było ich ośmiu, w tym dwóch mundurowych. Zaspany, powiedziałem: „pomyliliście panowie drzwi”. No kto by pomyślał?! Potem zobaczyłem nakaz przeszukania, że chodzi o „Precious”… Zbaraniałem. Przecież to było legalnie do ściągnięcia.
Michał nie ma policjantom nic do zarzucenia. Mówi, że byli profesjonalni, grzeczni i kulturalni. Trzymali go na komisariacie prawie 12 godzin:
— Złożyłem szczegółowe wyjaśnienia. Niczego nie ukrywałem. Po prostu opowiedziałem, jak było. Później pojechaliśmy do prokuratora, który zarządził poręcznie majątkowe (tysiąc złotych) i dozór policyjny. Dziwna sprawa.
Aresztowanie wstrząsnęło środowiskiem polskich fanów Depeche Mode. Błyskawicznie zorganizowali zbiórkę pieniędzy i wpłacili kaucję za Michała. Chłopak nie kryje wzruszenia — oględnie mówiąc: nie należy do zamożnych ludzi…
Rozsierdzeni fani rozesłali setki maili do wszystkich możliwych mediów z zapewnieniem o niewinności „Depesza” z Kielc.
Nikt nie chciał podchwycić „niewygodnego” tematu?
Proletariat
Dla Piotra Kabaja, prezesa zarządu EMI Music Poland, ściągnięcie projektu teledysku „Precious” było nielegalne. Choć prokuratura wciąż bada sprawę, jest o tym święcie przekonany:
— Jeżeli ktoś się włamuje do firmy, która produkuje wideoklip i pobiera go, to jest ewidentna kradzież.
— Ale ten chłopak twierdzi, że tak nie było…
— Zawsze będzie tak mówił. Złodzieje mają inne zdanie na temat tego, co zrobili.
— Pan uważa, że jest złodziejem?
— Oczywiście.
— Dla pana to było piractwo?
— Tak.
— A może to było niedopatrzenie ze strony producenta…
— Tego nie wiem. Podobno włamywał się kilka razy.
— Słyszałem nawet, że kilkadziesiąt…
— Właśnie, jeżeli ktoś stara się wejść do pańskiego domu tyle razy, to chyba nie po to, żeby sobie pooglądać telewizję?
— On mówi, że znalazł teledysk Depeche Mode przez wyszukiwarkę.
— Czy pan go usprawiedliwia? Czy on to zrobił przypadkiem? Podejrzewam, że jest — jak każdy haker — inteligentny…
— Haker?
— Jeśli ktoś się włamuje do kogoś przez internet, jest hakerem. Chce pan napisać, że to biedny chłopiec, który przypadkiem się włamał i umieścił u siebie utwór, nigdy jeszcze wcześniej na świecie niepublikowany? Mówimy o uczciwości! Jak usprawiedliwić takiego człowieka?! Kradzież jest kradzieżą.
— Nie chcę stawać ani po pańskiej, ani po tego chłopaka stronie.
— Trzeba przyjąć jakieś stanowisko, bo nie można być obojętnym na takie wydarzenia.
— Gdybym pozostawał obojętny, tobym o tym nie pisał.
— Pracuję w tym biznesie od 15 lat i codziennie jestem okradany!
— Ale dlaczego akurat Polak z Kielc? Przecież w tym czasie pobrało ten plik co najmniej kil- ka tysięcy różnych osób z całego świata.
— Ale on go udostępnił.
— Nie do końca…
— Ale my trafiliśmy właśnie do niego. Myśli pan, że przypadkiem? Znamy metody dotarcia do każdego serwera… Musimy znać. W sieci są ludzie, którzy udostępniają po kilka tysięcy plików muzycznych naraz. To jakiś proletariacki ruch, któremu się wydaje, że można to robić bezkarnie. W internecie panuje komunizm! Pamiętam, jak kiedyś drukowano książki w Moskwie bez płacenia tantiem autorom. Taki sam bolszewicki system panuje w internecie. Wszystkim się wydaje, że to normalne i wszystko w sieci powinno być za darmo…
— Nie sądzi pan, że trochę za wcześnie okrzyknięto go przestępcą i hakerem? Przecież nawet nie stanął przed sądem… A media go rozszarpały na strzępy.
— To było w czasie wakacji... I niestety tak już jest, że pierwszy przypadek zawsze jest nagłaśniany ku przestrodze, żeby innych ostrzec: nie róbcie tego!
Matnia
W opinii prawnika Piotra Waglowskiego, właściciela serwisu VaGla.pl i członka zarządu Internet Society Poland, wszelkie ustalenia wykazują jednoznacznie, że plik był dostępny dla wszystkich (z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie, byle przez internet), co dla niego jest równoznaczne z tym, że został „rozpowszechniony” przez osobę, która umieściła go na serwerze firmy QFilm, być może przez pracownika tej firmy. Waglowski miał okazję rozmawiać i z panią rzecznik kieleckiej policji, i panią nadinspektor, która sprawę prowadziła. Z rozmowy wynikało, że istotnie policja bada okoliczności popełnienia przestępstwa z art. 116 ust. 1 i 117 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Na zadane przez niego pytanie: „jak się ma zapis ustawy o dozwolonym użytku własnym do działania tego chłopaka” padła odpowiedź: „w tym przypadku został przekroczony, bo do autorskich praw osobistych należy prawo do pierwszego udostępnienia publiczności...”
VaGla zapytał zatem, czy chłopak przełamał jakieś zabezpieczenia, a jeśli tak, czemu nie stawia mu się zarzutów z art. 267 kodeksu karnego, czyli związane z nieuprawnionym uzyskaniem informacji po przełamaniu zabezpieczeń właśnie? Usłyszał, że plik pobrano z lokalizacji, którą znali tylko nieliczni pracownicy firmy.
„Pytam — czy przełamał zabezpieczenia i wynika z odpowiedzi, że żadnych zabezpieczeń nie było, plik leżał na serwerze tak jak dowolna strona WWW. Pracownicy położyli go i każdy mógł go pobrać — oczywiście — o ile znał lokalizację. Chłopak jej nie znał, ale ponieważ serwer jest publicznie dostępny (co w mojej opinii wystarczy, by uznać, że pierwsze udostępnienie publiczności nastąpiło w momencie przekopiowania pliku na serwer) — no, to kilka razy próbował zgadnąć. W końcu mu się udało — i to cała historia” — relacjonuje rozmowę na łamach swojego serwisu Piotr Waglowski.
Dociekliwy prawnik zadał policjantce jeszcze jedno pytanie — o zarzut z art. 117 ust. 1, w którym mowa o przestępstwie kierunkowym — kto „w celu rozpowszechnienia utrwala lub zwielokrotnia”... Zapytał, w jaki sposób wykazano cel, o którym mowa w tym przepisie? Usłyszał, że policjanci cały czas analizują tę sytuację. Jak skończą analizować, sprawa albo trafi do sądu, albo zostanie umorzona.
Wnioski Waglowskiego: „nie zostały spełnione przesłanki popełnienia przestępstwa z przywołanych przepisów. Firma produkująca klip wskazała tego, a nie innego człowieka jako potencjalnego sprawcę”.
— Matnia. Każdego można w ten sposób uznać za przestępcę — irytuje się Waglowski.
Niezawisłość
Przedstawiciele Mute Records (label EMI UK), brytyjskiego wydawcy najnowszej płyty Depeche Mode, nie odpowiedzieli na pytania „PB”, m.in.: o sposób dotarcia do kielczanina i wysokość odszkodowania z tytułu poniesionych strat, spowodowanych „nielegalnym pobraniem pliku”.
Od razu zareagował za to Markus Gerwinat zarządzający wytwórnią QFilmproduktion z Hamburga. Zdawkowo:
— Wersja off-line teledysku „Preciuos” wyciekła do internetu i została rozpowszechniona przez link na forum fanów Depeche Mode. Jak do tego doszło? W tej sprawie prowadzą śledztwo policja i wytwórnia płytowa. Nie mogę udzielać mediom żadnych informacji na ten temat dopóty, dopóki sprawa nie zostanie definitywnie wyjaśniona.
Tymczasem po sieci krążą pogłoski, że „cały ten zgiełk” to element kampanii promocyjnej albumu „Playing The Angel”. Kilka dni po nagłośnieniu ujęcia chłopaka z Kielc w internecie ruszyła sprzedaż promocyjnego singla „Precious”…
— Na pewno nie. To byłaby bardzo zła strategia — przekonuje Markus Gerwinat.
Artur Feigel, szef Prokuratury Rejonowej Kielce-Zachód: — Wysłaliśmy pisma do firmy angielskiej i niemieckiej z pytaniem o formę zabezpieczenia pliku podczas wzajemnej wymiany. Z tego, co wiem Brytyjczycy pobierali teledysk ze strony internetowej QFilmproduktion. Trwa wewnętrzne postępowanie w tej sprawie — wzajemnie ustalają: kto zawinił? Monitujemy ich na bieżąco, by możliwie szybko dali nam konkretną odpowiedź.
— A jeśli się okaże, że nie było zabezpieczeń?
— To nie było sprawy.
Kielecki prokurator, poproszony o komentarz do komunikatu świętokrzyskiej policji „Zatrzymany przestępca internetowy...” (cytowany przez nas na początku), mówi, że „nie może brać odpowiedzialności za takie treści”.
A po chwili namysłu dodaje:
— O tym, czy ktoś popełnił przestępstwo, nie decyduje ani policja, ani prokurator, tylko niezawisły sąd. Jeśli ów sąd wyda prawomocny wyrok skazujący, to można o kimś powiedzieć: przestępca — bo został skazany za określone przestępstwo karne. Jeżeli nie został skazany, o takim człowieku można co najwyżej powiedzieć: podejrzany. Przecież to oczywistość. I tego bym się radził wszystkim trzymać…
