Rok temu Komisja Europejska zleciła Mario Draghiemu, znanemu ekonomiście i byłemu prezesowi Europejskiego Banku Centralnego, opracowanie raportu na temat problemów Unii Europejskiej z konkurencyjnością. Celem miał być zestaw rekomendacji. Teraz ten raport został opublikowany i stanie się prawdopodobnie bazą dla programu nowej Komisji Europejskiej.
Główna teza raportu jest następująca: UE potrzebuje wzrostu gospodarczego, bo zaczyna odstawać pod tym względem od USA i Chin. Globalizacja handlowa się cofa i w takich warunkach Europa potrzebuje mieć własne przepisy na rozwój i konkurencję. Nie jest to w żaden sposób teza nowa, ale przedstawienie jej w taki sposób ma wymiar polityczny. Jest to rodzaj sygnału, jakie priorytety ma przed sobą postawić UE w najbliższych latach. UE, która dotychczas była bardzo skoncentrowana na stawianiu sobie celów klimatycznych. Oczywiście raport Draghiego w żaden sposób ich nie kwestionuje, nawet podkreśla ich rolę, ale jednak zaznacza, że Europie jest potrzebna dużo tańsza energia niż do tej pory, dużo większy nacisk na innowacje i większe inwestycje.
Jedną z najważniejszych miar wykorzystywanych przez Draghiego do zademonstrowania słabości UE jest niski poziom wydajności pracy w relacji do USA. Wynosi on ok. 80 proc. i od wielu lat nie rośnie, a wręcz jest wyraźnie niższy niż na początku lat 90. Powodem jest fakt, że w Europie znacznie słabsze niż w USA jest tempo wzrostu nowych firm, a to z kolei wynika ze zbyt słabo wykorzystywanych efektów skali wspólnego europejskiego rynku.
Autorzy raportu przedstawiają dość schematyczną receptę: więcej wspólnego rynku, szczególnie w dziedzinie finansów, transportu, energii i technologii, a także więcej wspólnych inwestycji. To są dwa filary, które mają być oparte na wspólnych politykach przemysłowych (raport wymienia ich 10, od energetycznej po transportową). Najbardziej odważną rekomendację raport formułuje w zakresie inwestycji: ich udział w PKB UE powinien zwiększyć się o 5 pkt proc., z 22 do 27 proc. Oznacza to ok. 800 mld euro rocznie nowych inwestycji. Przypomina to trochę naszą polską Strategię Odpowiedzianego Rozwoju, która też jako cel stawiała sobie wyższą stopę inwestycji. Szkoda, że Draghi nie zapoznał się z tym doświadczeniem, bo może lepiej by zrozumiał, że stopa inwestycji słabo nadaje się na cel polityki gospodarczej: rządy nie mają nad nią bezpośredniej kontroli, chyba, że są to rządy autorytarne. Co więcej, w UE jednorazowe wprowadzenie programu Next Generation w 2020 roku wiązało się z trudnymi negocjacjami, które ledwo zakończyły się kompromisem. A tutaj mielibyśmy roczny program tej wielkości. Jest to praktycznie niewykonalne, nawet jeżeli duża część tego programu miałaby być finansowana ze środków prywatnych.
Nie ulega natomiast wątpliwości, że w jakimś stopniu UE będzie zmierzała do wypracowania wspólnych polityk przemysłowych, strategii dla poszczególnych sektorów gospodarki. My w Polsce musimy też myśleć o polityce gospodarczej w ten sposób, zdefiniować, jak nasz system może najlepiej pasować do europejskiego planu. I aktywnie uczestniczyć w definiowaniu europejskich celów. Poprzedni rząd nie za bardzo miał na to ochotę, ponieważ dużo czasu spędzał na konfliktach z Brukselą. Obecny rząd też na razie nie ma na to ochoty, bo myślenie w kategorii wielkich strategii gospodarczych jest mu obce. W jakiś sposób musimy jednak te postawy zmienić.
Wracając do raportu Draghiego, moim zdaniem zdefiniowanie problemów nie zawsze jest trafne. To prawda, że Europa ma niższą produktywność niż USA, ale nie widać, by ta luka się powiększała. Ekonomista Daron Acemoglu już wiele lat temu w jednej ze swoich publikacji trafnie wyjaśnił, że między Europą a USA jest w pewnym sensie trwały podział strukturalny: Europa jest mniej wydajna i mniej zamożna, ale bardziej stabilna i zrównoważona społecznie. Każda ze stron ceni swoje przewagi. Istotne jest, czy ten podział nie zaczyna przybierać kształtu niekorzystnego dla Europy, ale moim zdaniem nie ma silnych argumentów, że tak się dzieje. Ostatnie lata są oczywiście wyjątkowe, ponieważ wojna w Ukrainie przyniosła Europie gigantyczny wstrząs i trudno abstrahować od tego zjawiska. To z tym wstrząsem Europa musi się uporać w pierwszej kolejności, zarówno w wymiarze energetycznym, jaki geopolitycznym. Rozwadnianie tego wyzwania w setkach innych rekomendacji, często nierealnych politycznie, nie służy sprawie. UE powinna się koncentrować na tym, jak mieć jednocześnie tańszą, czystszą i bezpiecznie dostępną energię oraz jak zyskać większe bezpieczeństwo polityczne i militarne własnymi siłami. To są kluczowe cele.
Raport w pewnym momencie porusza też bardzo ważny problem, jakim jest nadmierna ingerencja UE w różne dziedziny życia i przeregulowanie gospodarki. Podnosi ideę subsydiarności, która głosi, że władza centralna powinna angażować się tylko w te problemy, które nie mogą być skutecznie rozwiązywane na poziomie lokalnym (to może dotyczyć władzy krajowe, może dotyczyć władzy politycznej UE). Ale nie rozwija szeroko opisu tego zjawiska. A tutaj możnaby znaleźć wiele bardziej realistycznych rekomendacji dla Europy. W niektórych dziedzinach możnaby ograniczyć integrację i oddać inicjatywę na poziom poszczególnych państw, co mogłoby uruchomić dużo innowacyjnej energii. Czasami korzyści z konkurencji między krajami mogą przeważać nad korzyściami z integracji. Ten problem jest jednak zminimalizowany w raporcie.
Postawienie na wzrost gospodarczy jako cel dla nowej Komisji Europejskiej może być słusznym kierunkiem myślenia. Ale przydałoby się więcej bardziej realistycznego politycznie myślenia, a mniej schematów z życia analityków.
