Kolejne instytucje obniżają prognozy wzrostu na świecie. W przypadku Polski pojawia się słowo "recesja".
Kryzys jest wymarzonym czasem dla prognostyków. Nie ma tygodnia, w którym nie pojawiałyby się nowe — najczęściej gorsze — analizy dotyczące przyszłości gospodarek. Wczoraj Komisja Europejska opublikowała prognozy dla UE. W porównaniu z jesienną edycją wypadają słabiej: unijna gospodarka skurczy się w tym roku o 1,8 proc. (z 3,7 w 2008 r.), by przyspieszyć do +0,5 proc. w 2010 r. (poprzednio KE spodziewała się wzrostu odpowiednio o 0,2 proc. i 1,1 proc.). Analitycy skorygowali też prognozy dla Polski: ich zdaniem w tym roku PKB wzrośnie o 2 proc. (poprzednio +3,8 proc.), w 2010 — o 2,4 proc. (+4,2 proc.). KE spodziewa się też u nas znacznego wzrostu deficytu budżetu i bezrobocia.
Nie dziwi nic
— Prognozy KE diametralnie różnią się od przyjętego przez rząd programu konwergencji, który zakłada w tym roku dynamikę PKB na poziomie 3,7 proc., przy deficycie budżetowym sięgającym 2,5 proc. PKB. Niestety, nasze prognozy są bliższe KE — w 2009 i 2010 r. spodziewam się wzrostu PKB o 2,1 i 2,5 proc. Uważam jednak, że uda się utrzymać deficyt na poziomie nieprzekraczającym 3 proc. — mówi Remigiusz Grudzień, analityk PKO BP.
Według Marty Petki-Zagajewskiej, ekonomistki Raiffeisen Banku, zmiana prognoz KE była spodziewana, a jej skala nie budzi kontrowersji.
— To oznacza, że rząd będzie musiał zmienić założenia. Konsensus prognoz analityków rynkowych co do dynamiki PKB w tym roku zawiera się w przedziale od 1 do 2 proc. — dodaje ekonomistka.
2 proc., które wieszczy nam KE, to jednak megawzrost, jeśli porównamy je z innymi opublikowanymi wczoraj prognozami: Morgan Stanley daje nam 1,1 proc., a JP Morgan obstawia, że będziemy ślizgać się na granicy recesji z zerowym wzrostem gospodarczym. Taka wizja przestraszyła inwestorów, którzy postanowili sprzedawać złotego. W rezultacie kurs EUR/PLN przebił poziom 4,3.
Zacisnąć pasa
Ekonomiści przyznają, że realizacja czarnego scenariusza jest możliwa.
— Gospodarki zachodnie pokazały, że kryzys będzie głębszy i trwalszy, niż się spodziewano. Dotąd myślano, że Zachód się szybko otrząśnie i jego problemy nie dotkną zbyt mocno gospodarek wschodzących. Tak nie będzie. Musimy być przygotowani na słaby rok 2009, nie ma też co liczyć na to, że 2010 r. przyniesie nagle wyraźną poprawę — uważa Marta Petka-Zagajewska.
Jej zdaniem, o tym, jak mocno dotknie nas spowolnienie, w dużej mierze decydować będą inwestycje, które załamały się w III kw. 2008 r., a także to, czy osłabienie złotego pozwoli polskim eksporterom skutecznie konkurować. Niewiadomą pozostaje też trwałość konsumpcji — ostatniej siły napędowej naszej gospodarki. Niestety, dane z rynku pracy nie są optymistyczne
Niezależnie od tego, czy gospodarka spowolni do 3,7 proc., jak chce rząd, czy wyhamuje do zera — czego spodziewają się analitycy JP Morgan, firmy czekają gorsze czasy. Ekonomiści radzą, by tam, gdzie to możliwe, ciąć koszty i szukać oszczędności. To może być jedyną drogą, by przetrwać chude lata. Nie należy jednak wylewać dziecka z kąpielą: masowe zwolnienia na pewno nie przyczynią się do szybkiego wzrostu konsumpcji, która może być ostatnią deską ratunku dla przedsiębiorstw. Lata 2009 i 2010 będą dla firm niemałym wyzwaniem nie tylko z powodu problemów z popytem, lecz także z finansowaniem: trudno spodziewać się wyrozumiałości instytucji finansujących inwestycje przedsiębiorstw: trzeba liczyć się z wyższymi kosztami uzyskania kapitału, a także z ograniczoną jego dostępnością.