O piątkowym handlu na naszych rynkach nie da się wiele powiedzieć. Początek dnia nie wyróżniał się oryginalnością. Złoty zyskiwał na skutek wzmocnienia euro na rynkach światowych (a właściwie osłabienia dolara), a indeksy giełdowe gwałtownie rosły.
Dane makro w USA nie zmieniły kierunku kursu (EUR/USD), mimo, że wcale nie były antydolarowe. Wzrost subindeksu cenowego raportu z PMI Chicago do poziomu najwyższego od 18 lat powinien był chociaż trochę graczy zdenerwować. Nastroje są jednak tak niekorzystne dla dolara, że co najwyżej osłabiły i tak silny wzrost kursu EUR/USD. Takie zachowanie euro bardzo umocniło naszą walutę do dolara i trochę do euro, ale wsparcie w okolicach 4,05 PLN nie zostało przełamane. Dzisiaj nadal będziemy podążali za ruchami EUR/USD, a to może złotego trochę osłabić.
W piątek zarówno polski WIG20 jak i węgierski BUX wzrosły na początku sesji o około 3 procent, ale potem zachowanie rynku polskiego i węgierskiego było odmienne. Na Węgrzech popyt szybko doprowadził do pięcioprocentowego wzrostu, który utrzymał do końca dnia. U nas indeksy osuwały się przez większą część sesji, ale udało się utrzymać sporą zwyżkę. Obroty znacznie wzrosły, co sygnalizowało, że część funduszy, korzystając z tego, że inne podciągają ceny na koniec półrocza mocno akcje sprzedawała. Wygrali podciągający, co szczególnie widać było na PKN Orlen. Owszem, cena ropy rośnie, ale kupienie rafinerii Możejki bez ropy (Łukoil twierdzi, że dostawy są nieopłacalne) jest interesem delikatnie mówiąc niezbyt udanym (mimo że można próbować zaopatrywać rafinerię z innych kierunków). A jednak cena akcji PKN wzrosła.
Pytanie, co dalej. Wydaje się, że wielu analityków jest przekonana, że zeszłotygodniowa zwyżka była tylko mocnym window dressing i niczym więcej. Ja uważam, że to było jednak coś więcej. Załóżmy, że mam rację i zastanówmy się, co może zrobić obóz byków. W zasadzie ma dwie drogi. Pierwszą jest zanegowanie założeń mówiących zwyżce jako wyniku strojenia okien wystawowych. Wymagałoby to uderzenia popytu i pognania rynku na północ. Reszta graczy rzuciłaby się za rosnącymi cenami akcji. Jeśli jednak gra ma trochę potrwać, to należałoby utwierdzić rynek w przekonaniu, że skończyło się półrocze i nie ma już żadnego powodu, żeby podnosić ceny akcji. W tym celu należałoby doprowadzić do (umiarkowanych) spadków trwających parę dni (spadki przedzielone zwyżkami, ale osuwający się WIG 20). Akcje ze słabych rąk przeszłyby do silnych i po takiej korekcie można by spokojnie poprowadzić indeksy wyżej. Ja wybrałbym ten ostatni scenariusz, z czego wynikałoby, że dzisiaj indeksy powinny lekko spaść. Jeśli jednak rynek zrobi co innego to tym bardziej w dalszym ciągu podtrzymany zostanie sygnał kupna.
Wtorkowe święto w USA już dzisiaj zmniejszy aktywność graczy
W piątek przed południem zaskoczenia na rynkach nie było. Indeksy giełdowe na całym świecie rosły, dolar tracił, a surowce drożały. I to wszystko na bazie niejasnego komunikatu FOMC, który zdecydowanie nie przesądza kwestii stóp procentowych. Publikacja licznych europejskich indeksów nastroju (konsumentów, biznesu i w całej gospodarce) nie miała większego wpływu na rynki, ale warto wspomnieć, że były one dużo lepsze od prognoz. Za to inflacja pozostała na poziomie 2,5 proc.
Na rynkach akcji w USA walczyła ze sobą z jednej strony chęć jak najlepszego zakończenia półrocza połączona z wyniesionymi z czwartkowej sesji doskonałymi nastrojami, a z drugiej bardzo mieszane dane makroekonomiczne. Okazało się, że wydatki Amerykanów wzrosły tak jak oczekiwano, ale przychody wzrosły o 0,4 proc. (oczekiwano 0,2 proc.). Wydawałoby się, że to dolara wzmocni, ale rynek skupił swoją uwagę na indeksie wydatków osobistych (PCE), który w części bazowej wzrósł zgodnie z oczekiwaniami o 0,2 proc. Uznano, że to mało i nastąpiło dalsze osłabienie dolara. Widać było, że tak naprawdę rynek tylko szuka pretekstu dla przedłużenia czwartkowej zwyżki kursu EUR/USD.
Następne dane tylko to wrażenie potwierdziły. Indeks Chicago PMI, który pokazuje, jaka jest sytuacja w regionie spadł mocniej niż prognozowano (ale nadal pokazuje rozwój), a subindeks cenowy wzrósł do poziomu najwyższego od 18 lat. Tak złe dane powinny były podnieść rentowność obligacji, ale nic takiego się nie stało. Rynek wolał wierzyć w niski indeks PCE i w to, co zrozumiał (według mnie błędnie) z czwartkowego komunikatu FOMC. Nie zmieniła niczego publikacja indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan, mimo że to też był dane pro-dolarowe, bo indeks został zweryfikowany w górę z 79,1 na 84,9 pkt. Słabnący dolar (kurs EUR/USD anulował prospadkowa formację podwójnego szczytu) wywołał wzrosty cen surowców – szczególnie złota.
Na rynek akcji dotarło kilka informacji zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Spadał kurs Apple, bo kontrola wewnętrzna wykryła nieprawidłowości w wystawaniu opcji, ale rósł i to mocno kurs General Motors, bo Kirk Kerkorian, jego znaczący inwestor powiedział, że naciska na zarząd, żeby rozważył partnerską współpracę z Nissanem i Renault. Po czwartkowych dużych wzrostach i przy niespójnych danych makro logiczne było, żeby indeksy zakończyły sesję neutralnie i tak się też stało, bo niewielkie spadki indeksów w niczym nie zmieniły obrazu rynku.
W sobotę Wal-Mart poinformował, że jego sprzedaż w czerwcu wzrosła o 1,2 proc. Wzrost był na dolnym poziomie zakresu prognozy (1 – 3 proc.) wcześniej publikowanej przez firmę, więc sektor sprzedaży detalicznej powinien dzisiaj tracić. W nocy z niedzieli na poniedziałek bank centralny Japonii opublikował indeks Tankan odzwierciedlający poziom zaufania japońskich przedsiębiorców do gospodarki w drugim kwartale. Okazało się, że nastroje się poprawiają, a biznes oczekuje w tym roku dużego wzrostu wydatków inwestycyjnych. Dzięki temu lekko rósł japoński Nikkei, ale nie będzie to miało wpływu na zachowanie rynku amerykańskiego.
Poniedziałek jest dniem przed świętem w USA (Dzień Niepodległości), a to powinno ograniczyć aktywność na rynkach finansowych. Jest to jednak również pierwszy, roboczy dzień miesiąca, a to zazwyczaj sprzyja rynkom akcji, bo świeże pieniądze napływają do funduszy. Nie jest więc wykluczone, że na małym obrocie indeksy wzrosną. Sporo jednak zależy od danych makroekonomicznych.
Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby duży wpływ na rynek miały publikacje indeksów PMI pokazujących jak rozwija się sektor produkcyjny w poszczególnych krajach UE i całej strefy euro. Przede wszystkim ten segment to tylko 30 proc. gospodarki, a po drugie zazwyczaj europejskie indeksy tylko na chwilę wpływają na rynek walutowy, a akcje i tak czekają na inwestorów z USA. Niewątpliwie jednak lepsze od prognoz dane wzmocniłyby na pewien czas euro. Dane o stopie bezrobocia są w ogóle bez znaczenia.
Po południu zostaną opublikowane dwa raporty w USA. Mniejsze znaczenie będą miały dane o wydatkach na konstrukcje budowlane, ale jednak pewien wpływ mogą mieć, bo wyższe wydatki sygnalizowałyby, że trwa ożywienie w inwestycjach, a sektor budowy domów nie załamuje się. Ponieważ rynki boją się zarówno inflacji jak i spowolnienia gospodarczego to lepiej dla akcji byłoby, gdyby dane były dobre. Podobnie powinien zachować się rynek po publikacji indeksu ISM dla sektora produkcyjnego. W tych danych istotny będzie jednak też subindeks cenowy. Najgorsza kombinacja dla akcji to spadek indeksu głównego i wzrost subindeksu cenowego. Trzeba jednak pamiętać, że sfera produkcyjna to tylko 20 procent gospodarki USA, więc wpływ tych danych może być ograniczony.
Piotr Kuczyński
Główny Analityk
Xelion. Doradcy Finansowi